poniedziałek, 27 czerwca 2016

Lekko winny



Altos del condor… takie małe, tanie, co nieco do kolejnej spowiedzi. Aperitif przed długim obiadem, którego nie wiadomo jak jeść, przed sztućcami, których nie wiadomo jak użyć. 


Usiadłem zatem, chwyciłem koniec białego obrusa zwisającego na moje kolana, i jak zawsze, zacząłem udawać, że wiem co się dzieje, że wiem jak się zachować. Znowu oszukałem wszystkich.


- Ten Lekki to ma klasę
- On zawsze wie jak się zachować, dżentelmen, wychowany dobrze…

I dobrze obsrany.

Nie wiem o co chodzi, naprawdę, z tym, że kiedy oszukuję, to wszyscy mi wierzą, a kiedy stwierdzam fakty i próbuję do nich przekonać, to nie wierzy mi nikt. Czyżby to przez to całe życiowe zakłamanie? Czyżby to przez to, że na co dzień okłamuję wszystkich wokoło, udając to życie takim jakim nie jest? Może dla tego tak dobrze szło mi w sprzedaży, wciskając ludziom fundusze inwestycyjne i obiecując im góry profitów? Kto wie… mówią, że praktyka czyni mistrza. No i chyba mają rację. 

-Co ty znowu tam kminisz?
- Nic, wkurwiam się.
-Czemu?
- Że kolejny raz muszę wpieprzać te jebane okruchy, że co chwila dostaję całą bułkę a potem się okazuje, że znowu już jej nie ma.
- Ja pierdole, znowu te okruchy…
-Bo cały czas są. Co innego mam ci opowiedzieć?
- Nie wiem… cokolwiek.
- Ok…
- O co tym razem?
- A o to, że siedzę sam z butlą wina, wpierdalam spleśniały ser i udaję milionera za 12,50 PLN. O to, że „nie chce mi się” staje się ostatnio ikoną każdego dnia, o to, że już sam nie mogę… I o to, że jeżeli za moment nic się nie zmieni to wpakuję się w ten sam kwas, co to cieszyłem się w styczniu, że się z niego uwalniam. O to, że kurwa nie potrafię rozmawiać wprost, bo tak bardzo się boję, że stracę coś, czego być może wcale nie mam. Z drugiej strony skoro nie mam, to czego się bać? A zaś sam chcę, żeby mówiono mi wprost, bo domyślać się już nie potrafię i nienawidzę. Sam robię sobie wbrew. To mnie wkurwia… Czaisz?
- Chyba tak…
- Nic nie czaisz… ech…


W pół wina i przy kolejnym kęsie kaczki  - mam powoli dosyć. Chodź, zróbmy, zobaczmy, pójdźmy. Nic. Przede mną bocznica. Kusi zajazdem i ciemnym długim barakiem, w którym możesz się schować i nie znajdzie cię tam nikt. Przynajmniej przez jakiś czas. A czas najwyższy… 


- Gdzie idziesz?
- Na balkon… tam lepiej smakuje.

Ten leżak, trochę już zdezelowany, wciśnięty pomiędzy metrowe barierki, stoli i grilla – ten leżak, zna wszystkie te ciężkie historie. Chętnie bym tu przysnął noc jedną, czy dwie… Ale za głośno. 

Condor leje się wolnym strumieniem kolejnego kieliszka. Wolno zaczyna płynąć czas. Daj Panie Boże siły. Tak… Panie Boże… zdziwko? Często z nim gadam. Ale na osobności. Nie lubię pośredników. Pośrednicy zawsze patrzą tylko na to, że by zrobić sobie dobrze i utłuc interes. Nienawidzę pośredników. Dlatego wszystko lubię sobie ogarnąć sam. A mimo to, ciągle wierzę… że ktoś może chcieć dla innego dobrze. 

- Kurwa… Ze mną ojciec też nie grał w piłkę.

Duży plus. Przypomniałem sobie jak płakać. Najpierw z zachwytu, potem z pustostanu. Przez osiem lat gdzieś coś było wyschnięte na amen. Teraz nie… 

Pull up. Pull up. Pull up.

Za moment odejście na drugi krąg. Niczego nie będzie żal.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz