poniedziałek, 18 września 2017

Łyżka szczęścia

Jaką łyżką mierzysz swoje szczęście?

W domu rodzinnym uwielbiałem jeść ulubione dania największą możliwą z łyżek (nie licząc chochli). Była tak wielka, że ledwo mieściła się mi w usta. Stara była, o czym świadczył jej starty od nabierania zawartości talerza przód. Była najbardziej z pojemnych łyżek. Żur z pucami, z największej miski, największą łyżką - cały był mój. 

Tak nauczono mnie w domu czerpać szczęście z tego życia. W pełni, po brzegi, do syta. Nic piękniejszego! I nic bardziej złudnego w życiu człowieka. Nigdy nie dano mi mniejszej łyżki, a jak już się trafiła, to od razu wymieniałem na moją - największą, bo wiedziałem gdzie, i wiedziałem, że na pewno jest. 

Dzisiaj wiem, że wielka łyżka to nie wszystko, że trzeba od czasu, do czasu, zjeść tą najmniejsza, żeby docenić faktyczny kunszt dania, żeby docenić to, co faktycznie ma się w talerzu. Żeby wiedzieć, że najprawdziwsze szczęście trzeba dawkować i nie można przełknąć go na raz. 

Każdy z nas to wie. Każdy, kto jadł całe życie dużą łyżką. Oddaję wielki szacunek tym, co znali smaki z małej łyżeczki od zawsze - najprawdziwsze smaki szczęścia. Bo ileż pracy potrzeba aby zjeść tą małą łyżką, najwspanialsze dania świata. 

Przepraszam, jeżeli wywyższałem się zjadając ‚na raz’. Dziękuję, że ciągle chcecie jeść ze mną przy jednym stole. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz