poniedziałek, 20 listopada 2023

Tryptyk after weekendowy, dziecinnie prosty, na wszystko gotowy

 Do Maciusia


Jak twoje życia Maciusiu?

Czy ołówki nie twoje

zaczarowane wciąż brudzą grafitem

małe maciusiose rączki?


Czy kaolinowa glinka daje się zmyć

ciepłą wodą laną z ust 

na posadzki cudzych istnień?


Czy na wyspie bezludnej zjadasz z palm kokosy

czy cię piasek piecze w stopy

czy włosy ci szarpią morza słone fale

mienią się pasemkami słonecznych promieni?


Za Klu-Klu czy tęsknisz Maciusiu

i czy wspominasz patrząc w ciemnego nieba gwiazdy

twarz Smutnego Króla

jedynego w noce twe najciemniejsze 

oświetlającego ci drogę księżyca?







Do Misia, Tygrysa i Tygryskowej Kaczki




Ku Panamie ciągnie dzisiaj sznur

szaroburych szurających po asfalcie 

głów pełnych niespełnienia


Każdy ciągnie za sobą stertę bzdur

na konopnym sznurze uwiązane

malowane w ciapki wesołe

nic nie warte dogmaty i wyblakłe wspomnienia


Do Panamy każdy bo to wzór

do skrzyń pełnych bananów

od rynsztoka aż po szczytów miasta mur


I tylko Miś z Tygryskiem

siorbiąc przy kominku wino

stukają się w czoło 

i kibicują kretynom






B612




Hej Księciu Nienajwiększy

jak znosisz dzisiaj róży twojej fochy?

Czy baran twój dziś większy

czy może zeżarł ją i zdechł cierni wypluwając paprochy?


Czy baobaby tam nie przygniotły cię w nocy

a Perseidy nie zmiotły cię w pył tuż 

po obiedzie kiedy miałeś przy ustach właśnie

kęs kosmicznej szarlotki?


A może zestarzałeś się Księciu

i w siwą brodę plujesz 

jak to oswajanie za cholerę nic nie warte

i może patrząc dziś na mnie

żałujesz

tych o lisie zapisanych kilku kartek

czwartek, 24 sierpnia 2023

#smalec

ludzie powariowali do reszty, a świat, niczym arbuz rzucony na pochylnię nasmarowaną gęsim smalcem, sunie bez opamiętania ku przepaści. 

nie ma już komu łapać, niema komu go ratować. Jedni brzydzą się smalcu, inni nie chą arbuza, bo pestki, a jeszcze inni z uporem maniaka twierdzą, że to nie oni, że to nie ich sprawa. 

na nic już słowa, prośby, analizy i pouczania. Trzeba strzelby, czołgu i karabinu. Trzeba rozgonić bydło, chłostać psy batem przez garb bez względu na maść. 

nie pozostało dzisiaj już chyba nic, jak tylko rugać, opluwać, a potem paść. na ryj.

z drugiej strony wiedząc, że w akcji tej nie ma nic nowego, że to schemat powtarzający się raz po raz - nie tu, to tam - można usiąść z boku na ostatniej nietłustej górce, pod latarnią księżyca zapalić fajkę i z politowaniem patrzeć na durniów smarujących smalcem chleb. 

DOBRANOC.

sobota, 26 grudnia 2020

LATO




Raz, dwa, trzy.., Raz! Dwa! Trzy!


Śpicie?



W głośnikach kolejne partie Wiosny Vivaldiego w interpretacji Maxa Richtera. Dojadam Morele suszone. daktylem zagryzam, piję wodę na przemiany whisky i hamuje odruchy wymiotne z nadmiaru wódy w gardzieli. Zrzygałbym się na blat, monitor i klawisze, ale nie wypada - bo Święta. No to niech są. 


Wiele dyskusji strasznych, ponętnych, dziwnych i wstrętnych pojawia się w przy Świątecznym stole. Wcale nie jest wesoło, pełno miłości, radości i zrozumienia. NIE! W pewnym momencie zauważasz, że robi się wija, tornado, Toronto i jebany Madagaskar, kiedy zaczynacie odjeżdżać w totalne niebytu lądy z tematami typu edukacja seksualna sześciolatków przy opłatku (A NIKT Z WAS NIE MA TAKIEGO DZIECKA W RODZINIE). Że sernik za słodki i że szambo w Ustroniu nie takie.


Max Richter: Vivaldi: Lato 1


Dolewasz sobie kolejną porcję Red Staga do lodu i sącząc… A TAKI CHUJ, Łykając kolejne dawki po 100 ml, jedna  drugiej zaczynasz się zastanawiać jaki los czeka tę planetę. Skończyło się. Dolewam, piję. Koniec, dolewam, piję. 

Zimna płyta. 

Problem szczepienia polskiego społeczeństwa nadal nie rozwiązany. 

Kurwa mać czym się zajmowali moi pradziadkowie?!

Kim ja jestem na tej planecie?!

Chuj wie...


A państwo dobre jest nie złe, bo daje, a ma, a się dzieli, bo tarcza, bo liga, bo rządzi i radzi. A no bo kościół, a bo dobry jest, nie zły, bo dzieci wychowuje nie gwałci, bo radzi, bo dobry jest, nie zły. A BO PAŃSTWO, bo szuje, mendy i chuje kradną. Bo dają. Bo są szczepionki, bo już pojechali na granicę, bo kupili i mają i dają i chcą, bo są. MATKI ROZWIĄZŁE, BO PCHAJĄ DZIECI W KONKURSY, BO GEJE! 

….

Max Richter: Vivaldi: Lato 2

Ułożyłem się wygodnie w sypialni, w tym momencie, kiedy nikt nie widzi. Cichcem czmychnąłem na miękki matki i ojca materac, oddychając powietrzem zza okna, no bo ta ciągle otwarte.

Tak bardzo obce mi są problemy szamba, zarabianych przez sąsiadów pieniędzy i obecności na pasterce ludzi, co w ciula Boga robią cały rok a potem idą narąbani zaśpiewać Cichą noc - przecież to ja. Nie obchodzi mnie. Lubię sobie pośpiewać. 

O co tu chodzi? przecież wiecie jak było za wojny, za komuny, za inne czasy. A przecież macie wszystko. Czego chcecie? Wyć się chce, że na emeryturach siedzicie, a to ja tu zapierdalam na dziś i jutro. Gej upierdolony po pachy w robocie, żebyście mieli 13, 14, 15, emerytury na kiełbasy i dzieciom na pampersy pięćsetki chowane między cycki. 

Na wódkę waszą, zagryzaną świniną. Na buty z plastiku i kutasy sztuczne, bo wasze nie stają. 


Leżę. 


Blade światło chińskiego leda wbija przez rolety znad szyby i łamie wszelkie natury zasady  - bo przecież nie ma tak bladego światła dziś, wczoraj… i jutro za cholerę też nie będzie.


Zasypiam.


Max Richter: Vivaldi: Lato3


Wszystko to jest warte NIC. 

Całe życie uganiamy się za czymś, co finalnie nie daje nam żadnej radości. Gonimy za kasą, za mieszkaniem - usilnie nazywając je DOMEM, chociaż nie mia z nim nic wspólnego. Gonimy za Pracą, etatem, drugim, półtorej - premiami, świątecznymi bonusami, autem na fakturę VAT i telefonem bez limitu. 


Tylko, że nie ma do kogo pojechać, ani zadzwonić. 


Zapierdalamy za choinkowymi bombkami, lampkami ze Szwecji, gwiazdami z papieru, choinką z polskiego lasu. nadziewamy jedno na drugie jak kurczaki w Kauflandzie na ruszt, sypiemy brokatem, oblewamy woskiem, okraszamy piernikiem z niemieckiej rolki, bo na przepis z Kuchni Polskiej już nikt nie ma czasu. Wycinamy, pieczemy, zapijamy, smażymy. 


Do ciotki, do babci, do brata. Życzenia, płacz, opłatek, karp ość, SOR, Golce w TVP, w Polsacie Eneje, w TNV Mozbacher „te święta są nasze, wygraliśmy w Betlejem”.


Światełka, ledy na balkonie, jak u Santany w świętej madonnie, błysk, prask, trzask, napieprza choinka z lasera po bloku z oddali.


Otwieram drzwi.

Kładę torby.

OOOOOOOOO kurwa. 

Siadam na ziemi  i płaczę.

Dotrwałem

WESOŁYCH ŚWIĄT! 



Odpalam lampki na balkonie, te na choince, polewam sobie wody z kranu, zagryzam kawałkiem suchej chałki znalezionej na blacie gdzieś pomiędzy doniczką z rozmarynem a tosterem. 


O CO TU CHODZI?!



Siadam na dywanie. Odpalam Zimę… Przecież nic innego się tu wydarzyć nie może. A ja ciągle sięgam w dal. I fantomowym bólem obejmuję to, czego za cholerę nie mam. 


Gaszę lampki, audio, choinkę, kuchnię, szczoteczkę do zębów. Pstryk.


Po coś Ty mnie tu zesłał, 


oj, maluśki, maluśki… 


Amen. 


czwartek, 8 października 2020

fchuj






mierzi mnie

ta ciągła tasamość


mam wzgardy na litość 

i gardy na czułość 


zbełtana w zastoju tożsamość 


mierzi mnie!

w rozkroku czekanie na spazmy

oddane w odpływie orgazmy


jak w kanał miliony

bom przecież stworzony

do drogi

swawoli

fantazmy 






niedziela, 7 czerwca 2020

Lacrimosa


Jeszcze tylko kilka kroków, tych najtrudniejszych. 
Przede mną szczyt, wierzchołek całego tego szaleństwa.

Chwyciłem mocno za wystające kawałki skał, kamienie wyślizgiwały się spod moich nóg. Wypchnąłem się resztkami sił, podparłem kolano o skalny rant i wdrapałem się na szczyt. Wiatr wiał nieubłaganie rozdmuchując moje włosy na wszystkie strony. Kurz, pył, drobiny tego co pozostało, zdawały się przebijać mnie na wskroś. Ledwo dostrzegałem to, co dzieje się wokoło. Padłem na kolana, przysiadłem na piętach. Było zimno, cholernie zimno. Moje prawie nagie ciało, z lekka oplecione resztkami podartych ubrań, zdawało się oddzielać od mojego prawdziwego ja. 

Ciało, skała i otchłań. Wokół nie było nic - góra gór, szczyt szczytów. Pode mną biel chmur i przedzierając się co jakiś czas rozbłyski strzelających ku górze promieni ginących obrońców jedności. Nade mną ciemność bezkresnego uniwersum płonącego gdzieniegdzie od eksplodujących jedna po drugiej galaktyk.

Ziemia pod moimi kolanami zdawał się drżeć - to jednak resztki moich emocji, mojej miłości, nienawiści, współczucia, zazdrości, bezkresnej złości, chęci posiadania, codziennego szaleństwa - rozpadały się we mnie na kawałki i uderzały z całą mocą o posadę mojego istnienia. 

Rozpadające się serce doprowadzało do wrzenia moje wnętrzności. 

Świat skurczył się do rozmiaru jednej mojej dłoni, a w niej wszystkie dążenia ludzkości do doskonałości, władza, pieniądze, społeczne rozdarcie, rozpusta i krzyk samotności, utrata szacunku do wszelkiego istnienia - ściskałem je w dłoni, nie pozwalając wydostać się na zewnątrz. 

Pojedyncze okruchy, atomy resztek uczuć, pozytywnych emocji, radości istnienia, uwielbienia życia i planety, miłości do piękna ludzkiego umysłu, ciała i drugiej osoby, do sztuki i nauki, rozpędzone w moich piersiach zbliżały się do nieuchronnego zderzenia, kontaktu - ostatniej chwili trwania. 

Moje ciało, moje wnętrze zdawało się płonąć. 

Nieubłaganie nadchodzi ostani moment, chwila końca naszej obecności w galaktyce, wszechświecie, czasie. 

Poczułem potężny ogień wydobywający się z mojej piersi, iskra i jasność bez granic. Oślepiający blask i potężny wiatr rozlewające się wokoło, niszczące każdą jedną drobinę dnia dzisiejszego. Moje skrzydła zmieniły się w płonący pył. Uniosłem zaciśniętą dłoń wysoko ku eksplodującym gwiazdom - zaciskałem palce, tak mocno jak tylko się dało, miażdżąc kolejne niechciane zdarzenia, emocje i dni ludzkiej egzystencji. Niszczyłem je jedna po drugiej, aż sam rozpadłem się na atomy i zniknąłem w bezkresie. 

I nie było już czasu, miejsca, emocji, uczucia, żalu ani wzruszenia. Pozostała nieuformowana jasność - najpiękniejszy z możliwych koniec ludzkiego dramatu, jednocześnie początek nowej historii, nowego życia w nieodkrytej jeszcze formie. Czysty jak łza, nienaznaczony czynem, historią, emocjami. Trwanie w postaci doskonałej. Rozpoczynamy wszystko od nowa. Nie ma nic…

Pozostaje wypatrywać nastania czasu, a z nim formowania nowego wszechświata - oby lepszego w swojej materii.

Zadanie wykonane.
Amen. 

sobota, 12 października 2019

Pomarańczowy Mędrzec

Wznów twórczość 
Na ponów stań się 
By sprostać 


Widziałem dziś księżyc potężny, srogi, majestatyczny. Spojrzał mi prosto w oczy, wisząc bezszelestnie nad Górami Sowimi. Sierpniowy mędrzec , którego zabrakło latem, odwiedził mnie dziś, zdala od domu. Po nim przyjdzie nowe. Tego nowego nie znam i bardzo się boję.  

niedziela, 15 września 2019

Dym z popielnika

Sierpniowe Księżyce szczędziły bardzo w tym roku swojej obecności. Jakby się wstydziły, jakby chciały okłamać, a może i one też, tak jak wielu, miały serdecznie dosyć oglądania tego świata. Nie wiem… nie widziałem, ani jednego z moich wielkich przyjaciół sprzed lat. Zabrakło. Przeminęły gdzieś razem z perseidami. Pstryk. 

Żaden przed oczami moimi, w ostatnim czasie, obraz nie jest prawdą, a każde jedne słowo dobierane tak, aby gówno złotem krasić, by każdy z nas mógł kilka sztabek posiadać. Milionerzy obłudy. 

Nie przynależę! Odrzuciłem dzisiaj przynależenie względem poglądów politycznych, wiary, wyznawanych wartości, miłości, pieczywa w sklepie czy wódki. Każde ludzi stowarzyszenie budowane jest na obłudzie i hipokryzji, na przerzucaniu z prawa na lewo złoconego gówna.

Ponad połowa (mam nadzieję!) życia już za mną. Nauczyłem się patrzeć, i co najważniejsze, WIDZIEĆ. Słuchać i SŁYSZEĆ. Dotykać i czuć, co pod palcami, stopą i wiatr rozpoznawać zimy od ciepłego. 

Gdy słońce świeci - wyciągam twarz ku niemu jak stuletni żółw, bo on wie, że to tylko krótki moment w całym tym perfidnym byciu. Gdy gwiazda mi spada nad głową - myślę tylko o Tym jednym, najważniejszym. Kiedy deszcz pada, łapię go w dłonie i dziękuję, że jest.

Do tego, kto świat mój stworzył, modlę się - co wielu zdziwi. Modlę się i pamiętam, że prawdziwe bycie bierze się z mądrości, poznania, zaufania i miłości. Bierze się z istnienia dla drugiego człowieka. Dziękuję za to co mam, i proszę o co najlepsze dla innych. Dla siebie czasem też, i klnę przy tym jak szewc, od kurew i chujów nie stroniąc, bo wierzę, że tam, to też prosty robotny człowiek, kobieta bądź mężczyzna, siedzi u góry, patrzy na nas, i łapie się co chwila za głowę myśląc „co za debile”. 

Gardzę klerem obłudnym, każdym słowem pełnym hipokryzji i ich pełnymi złotówek koszykami, którzy w imię boga ubogich łupią z ostatniego grosza, żeby napaść swoje brzuchy i obrastać w tłuszcz. Tak samo polityczne partie, które niczym się nie różnią. 

I takie to dzisiaj rozpierdolone od nadmiaru emocji pisanie. Kończy się Saska Kawa, Harnaś rozlał się na połoninie… zagryzam ostatnie orzeszki i dopijam kefir… łowicki - najlepszy. 

Odpalam Netflixa z nadzieją, że Stara nie sprzeda jednak Barbary Lane… Kładę się na kanapie, bo w sypialni spać sam już nie potrafię. Popijam wodę, przykrywam się samootulającym kocem z Ikei, uśpienie telewizora ustawiam na 40 minut. Niech się dzieje.


Dobranoc