niedziela, 7 czerwca 2020

Lacrimosa


Jeszcze tylko kilka kroków, tych najtrudniejszych. 
Przede mną szczyt, wierzchołek całego tego szaleństwa.

Chwyciłem mocno za wystające kawałki skał, kamienie wyślizgiwały się spod moich nóg. Wypchnąłem się resztkami sił, podparłem kolano o skalny rant i wdrapałem się na szczyt. Wiatr wiał nieubłaganie rozdmuchując moje włosy na wszystkie strony. Kurz, pył, drobiny tego co pozostało, zdawały się przebijać mnie na wskroś. Ledwo dostrzegałem to, co dzieje się wokoło. Padłem na kolana, przysiadłem na piętach. Było zimno, cholernie zimno. Moje prawie nagie ciało, z lekka oplecione resztkami podartych ubrań, zdawało się oddzielać od mojego prawdziwego ja. 

Ciało, skała i otchłań. Wokół nie było nic - góra gór, szczyt szczytów. Pode mną biel chmur i przedzierając się co jakiś czas rozbłyski strzelających ku górze promieni ginących obrońców jedności. Nade mną ciemność bezkresnego uniwersum płonącego gdzieniegdzie od eksplodujących jedna po drugiej galaktyk.

Ziemia pod moimi kolanami zdawał się drżeć - to jednak resztki moich emocji, mojej miłości, nienawiści, współczucia, zazdrości, bezkresnej złości, chęci posiadania, codziennego szaleństwa - rozpadały się we mnie na kawałki i uderzały z całą mocą o posadę mojego istnienia. 

Rozpadające się serce doprowadzało do wrzenia moje wnętrzności. 

Świat skurczył się do rozmiaru jednej mojej dłoni, a w niej wszystkie dążenia ludzkości do doskonałości, władza, pieniądze, społeczne rozdarcie, rozpusta i krzyk samotności, utrata szacunku do wszelkiego istnienia - ściskałem je w dłoni, nie pozwalając wydostać się na zewnątrz. 

Pojedyncze okruchy, atomy resztek uczuć, pozytywnych emocji, radości istnienia, uwielbienia życia i planety, miłości do piękna ludzkiego umysłu, ciała i drugiej osoby, do sztuki i nauki, rozpędzone w moich piersiach zbliżały się do nieuchronnego zderzenia, kontaktu - ostatniej chwili trwania. 

Moje ciało, moje wnętrze zdawało się płonąć. 

Nieubłaganie nadchodzi ostani moment, chwila końca naszej obecności w galaktyce, wszechświecie, czasie. 

Poczułem potężny ogień wydobywający się z mojej piersi, iskra i jasność bez granic. Oślepiający blask i potężny wiatr rozlewające się wokoło, niszczące każdą jedną drobinę dnia dzisiejszego. Moje skrzydła zmieniły się w płonący pył. Uniosłem zaciśniętą dłoń wysoko ku eksplodującym gwiazdom - zaciskałem palce, tak mocno jak tylko się dało, miażdżąc kolejne niechciane zdarzenia, emocje i dni ludzkiej egzystencji. Niszczyłem je jedna po drugiej, aż sam rozpadłem się na atomy i zniknąłem w bezkresie. 

I nie było już czasu, miejsca, emocji, uczucia, żalu ani wzruszenia. Pozostała nieuformowana jasność - najpiękniejszy z możliwych koniec ludzkiego dramatu, jednocześnie początek nowej historii, nowego życia w nieodkrytej jeszcze formie. Czysty jak łza, nienaznaczony czynem, historią, emocjami. Trwanie w postaci doskonałej. Rozpoczynamy wszystko od nowa. Nie ma nic…

Pozostaje wypatrywać nastania czasu, a z nim formowania nowego wszechświata - oby lepszego w swojej materii.

Zadanie wykonane.
Amen. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz