Sierpniowe Księżyce szczędziły bardzo w tym roku swojej obecności. Jakby się wstydziły, jakby chciały okłamać, a może i one też, tak jak wielu, miały serdecznie dosyć oglądania tego świata. Nie wiem… nie widziałem, ani jednego z moich wielkich przyjaciół sprzed lat. Zabrakło. Przeminęły gdzieś razem z perseidami. Pstryk.
Żaden przed oczami moimi, w ostatnim czasie, obraz nie jest prawdą, a każde jedne słowo dobierane tak, aby gówno złotem krasić, by każdy z nas mógł kilka sztabek posiadać. Milionerzy obłudy.
Nie przynależę! Odrzuciłem dzisiaj przynależenie względem poglądów politycznych, wiary, wyznawanych wartości, miłości, pieczywa w sklepie czy wódki. Każde ludzi stowarzyszenie budowane jest na obłudzie i hipokryzji, na przerzucaniu z prawa na lewo złoconego gówna.
Ponad połowa (mam nadzieję!) życia już za mną. Nauczyłem się patrzeć, i co najważniejsze, WIDZIEĆ. Słuchać i SŁYSZEĆ. Dotykać i czuć, co pod palcami, stopą i wiatr rozpoznawać zimy od ciepłego.
Gdy słońce świeci - wyciągam twarz ku niemu jak stuletni żółw, bo on wie, że to tylko krótki moment w całym tym perfidnym byciu. Gdy gwiazda mi spada nad głową - myślę tylko o Tym jednym, najważniejszym. Kiedy deszcz pada, łapię go w dłonie i dziękuję, że jest.
Do tego, kto świat mój stworzył, modlę się - co wielu zdziwi. Modlę się i pamiętam, że prawdziwe bycie bierze się z mądrości, poznania, zaufania i miłości. Bierze się z istnienia dla drugiego człowieka. Dziękuję za to co mam, i proszę o co najlepsze dla innych. Dla siebie czasem też, i klnę przy tym jak szewc, od kurew i chujów nie stroniąc, bo wierzę, że tam, to też prosty robotny człowiek, kobieta bądź mężczyzna, siedzi u góry, patrzy na nas, i łapie się co chwila za głowę myśląc „co za debile”.
Gardzę klerem obłudnym, każdym słowem pełnym hipokryzji i ich pełnymi złotówek koszykami, którzy w imię boga ubogich łupią z ostatniego grosza, żeby napaść swoje brzuchy i obrastać w tłuszcz. Tak samo polityczne partie, które niczym się nie różnią.
I takie to dzisiaj rozpierdolone od nadmiaru emocji pisanie. Kończy się Saska Kawa, Harnaś rozlał się na połoninie… zagryzam ostatnie orzeszki i dopijam kefir… łowicki - najlepszy.
Odpalam Netflixa z nadzieją, że Stara nie sprzeda jednak Barbary Lane… Kładę się na kanapie, bo w sypialni spać sam już nie potrafię. Popijam wodę, przykrywam się samootulającym kocem z Ikei, uśpienie telewizora ustawiam na 40 minut. Niech się dzieje.
Dobranoc
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz