czwartek, 30 czerwca 2016

Lekkcje odrobione.



Są takie miejsca, ludzie i zdarzenia, swoiste liny, które trzymają nas w danym miejscu. Mi pozostała tu już tylko jedna, i to bardzo krucha. Czerwiec okazał się być miesiącem EXITów, rozwodów, odrabiania lekcji i wyciągania wniosków. 

Sączę sobie kawę, spoglądam na zegar. 7:30, czwartek trzydziesty dzień czerwca, rok dwa tysiące szesnasty. 

Właśnie skończyła się trwająca kilkanaście lat epoka dzielenia, wspierania, dawania i czekania na resztki. Koniec. Matka Teresa z Kalkuty zamienia się dzisiaj w Matkę Teresę z kalkulatora. Chujostwo moje wewnętrzne właśnie wre, przelewa się przez wewnętrzne filtry i zaczyna w najczystszej postaci wypływać na zewnątrz. Koniec życiowego kurwienia. 

Lekcje odrobione, czas na egzamin. Czas na ostatnią prostą. Prostą ku wolności, tu… czy tam.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Lekko winny



Altos del condor… takie małe, tanie, co nieco do kolejnej spowiedzi. Aperitif przed długim obiadem, którego nie wiadomo jak jeść, przed sztućcami, których nie wiadomo jak użyć. 


Usiadłem zatem, chwyciłem koniec białego obrusa zwisającego na moje kolana, i jak zawsze, zacząłem udawać, że wiem co się dzieje, że wiem jak się zachować. Znowu oszukałem wszystkich.


- Ten Lekki to ma klasę
- On zawsze wie jak się zachować, dżentelmen, wychowany dobrze…

I dobrze obsrany.

Nie wiem o co chodzi, naprawdę, z tym, że kiedy oszukuję, to wszyscy mi wierzą, a kiedy stwierdzam fakty i próbuję do nich przekonać, to nie wierzy mi nikt. Czyżby to przez to całe życiowe zakłamanie? Czyżby to przez to, że na co dzień okłamuję wszystkich wokoło, udając to życie takim jakim nie jest? Może dla tego tak dobrze szło mi w sprzedaży, wciskając ludziom fundusze inwestycyjne i obiecując im góry profitów? Kto wie… mówią, że praktyka czyni mistrza. No i chyba mają rację. 

-Co ty znowu tam kminisz?
- Nic, wkurwiam się.
-Czemu?
- Że kolejny raz muszę wpieprzać te jebane okruchy, że co chwila dostaję całą bułkę a potem się okazuje, że znowu już jej nie ma.
- Ja pierdole, znowu te okruchy…
-Bo cały czas są. Co innego mam ci opowiedzieć?
- Nie wiem… cokolwiek.
- Ok…
- O co tym razem?
- A o to, że siedzę sam z butlą wina, wpierdalam spleśniały ser i udaję milionera za 12,50 PLN. O to, że „nie chce mi się” staje się ostatnio ikoną każdego dnia, o to, że już sam nie mogę… I o to, że jeżeli za moment nic się nie zmieni to wpakuję się w ten sam kwas, co to cieszyłem się w styczniu, że się z niego uwalniam. O to, że kurwa nie potrafię rozmawiać wprost, bo tak bardzo się boję, że stracę coś, czego być może wcale nie mam. Z drugiej strony skoro nie mam, to czego się bać? A zaś sam chcę, żeby mówiono mi wprost, bo domyślać się już nie potrafię i nienawidzę. Sam robię sobie wbrew. To mnie wkurwia… Czaisz?
- Chyba tak…
- Nic nie czaisz… ech…


W pół wina i przy kolejnym kęsie kaczki  - mam powoli dosyć. Chodź, zróbmy, zobaczmy, pójdźmy. Nic. Przede mną bocznica. Kusi zajazdem i ciemnym długim barakiem, w którym możesz się schować i nie znajdzie cię tam nikt. Przynajmniej przez jakiś czas. A czas najwyższy… 


- Gdzie idziesz?
- Na balkon… tam lepiej smakuje.

Ten leżak, trochę już zdezelowany, wciśnięty pomiędzy metrowe barierki, stoli i grilla – ten leżak, zna wszystkie te ciężkie historie. Chętnie bym tu przysnął noc jedną, czy dwie… Ale za głośno. 

Condor leje się wolnym strumieniem kolejnego kieliszka. Wolno zaczyna płynąć czas. Daj Panie Boże siły. Tak… Panie Boże… zdziwko? Często z nim gadam. Ale na osobności. Nie lubię pośredników. Pośrednicy zawsze patrzą tylko na to, że by zrobić sobie dobrze i utłuc interes. Nienawidzę pośredników. Dlatego wszystko lubię sobie ogarnąć sam. A mimo to, ciągle wierzę… że ktoś może chcieć dla innego dobrze. 

- Kurwa… Ze mną ojciec też nie grał w piłkę.

Duży plus. Przypomniałem sobie jak płakać. Najpierw z zachwytu, potem z pustostanu. Przez osiem lat gdzieś coś było wyschnięte na amen. Teraz nie… 

Pull up. Pull up. Pull up.

Za moment odejście na drugi krąg. Niczego nie będzie żal.

czwartek, 23 czerwca 2016

Chłodnia

Jak to jest widzieć i słyszeć więcej niż się powinno? Odpowiadam. Przejebane. 

Czasami chciałbym zamknąć oczy, zasłonić uszy i uciec jak najdalej od pewnych przekleństw, które drążą mnie od lat.

 Ile bym dał żeby być tępym kretynem jednym z wielu tych, którzy w szkole przytakują profesorom, uznając ich słowa za święte i jedyne prawdziwe, wkuwajac na wieczną pamięć ich prawdy i hoładując im do końca życia. Ale ja nie, ja zawsze musiałem wiedzieć lepiej. 

Ile bym dał żeby wychodzić rano o 6 do pracy, wracać o 15, być chujem urzędnikiem, który wchodzi, wychodzi a potem cieszy się z życia z równie nieogarniwta żoną i udaje, że dobrze bawi się z dzieckiem. Ale ja nie... Musze zawsze coś po swojemu, musze zawsze na przekur. Do tego stopnia ze nawet powietrze tnie ręce. 

Mogłem nie chcieć, spać pod lodówką, i siedzieć na kasie w pieprzonym banku. Ale nie. Jebana chora ambicja. 

Mogłem siedzieć pozamykany w 4 ścianach i udawać że jest super, skupiać się tylko na sobie jak kiedyś. Ale nie... Zachciało mi się czegoś więcej. 

Czy jest gdzieś taki moment w którym powiem SKOŃCZ? Boje się, że to już za chwilę, boje się że może nigdy. 

Wchodzę do tej chłodni poraz kolejny, bez polara i ciepłych gaci, z nadzieją że się tam ogrzeje. 

Ambicje mieszają się z głupotą, mądrości z naiwnością. Początki z końcami. I znowu rozkładam ręce roglądam się wokoło i... Nic. Pusto. Błąd algorytmu, niesprawności w układzie. Sterownik nie podał napięcia. Tsst. Patryk. Trzask. 

czwartek, 9 czerwca 2016

To chyba ja



A może to jednak ja. Może to o mnie chodzi. Może to we mnie coś jest nie tak. Nieposkromione traumy, które zamieniają moje myśli i emocje w żrące, ziejące kwasem potwory?

Już sam nie wiem. Stare czasy pokazały mi świat jakim naprawdę nie był. Kazano mi wierzyć w miłości, które nie istniały. Pozwolono mi dawno temu też kochać, a potem, nagle, skazano na śmierć. Prawie dziesięć lat nieżycia zrobiło swoje. Jeżeli raz skazali cię na śmierć za szczere okazanie, to wydaje się, że za każdym jednym razem będziesz w przyszłości pozbawiany życia. Oszukiwać, że nie ma nic, dla świętego spokoju? Mogę wszystkich wokoło, ale nie obok. 

- Myślałem, że dzisiaj będzie cieplej…
- Od trzech dni jest tak chłodno, nie liczyłem na to dzisiaj.
- Chłodno jest od dłuższego czasu. Nie wiem na co liczyć. Siedzenie na balkonie już nie jara.
- No to nie siedź tam…
-Jak nie tam, to gdzie? Chujem straszy wokoło. Jak wieczorem wyjdę, to będę szedł aż do rana. Lepiej na tym balkonie, nie da się stąd uciec.
- No ok. To siedź…

­Są takie momenty, że mam ochotę za wszystko przeprosić. Zgasić potem światło, przykryć się kołdrą, poduszkę podłożyć pod brzuch i leżeć tak na boku, skulony, cały dzień, może dwa, a może i całe moje życie. 

To są te chwile, kiedy tak cholernie brak. Tak bardzo brak, że boisz się powiedzieć, bo boisz się kolejnego „NIE”.  To kolejne nie, jak kolejny sztylet, przebija się wolno przez wszystkie części ciała, próbując dać znać każdej synapsie – TU JESTEM.

Nieposiadane, budzi lęk. Posiadanie daje zajebisty niepokój. Im bardziej się boisz, tym mniej masz, a wtedy budzi się strach, który daje straty.

To chyba ze mną jest coś nie tak. Za dużo we mnie tego całego świata, za bardzo chcę go komuś dać. Na zawsze… Chyba muszę nauczyć się leżeć na trawie i patrzeć w niebo, i nie myśleć o tym co komu. 

Może wtedy będzie lżej. Może znowu samo wszystko przyjdzie. Może wcale nie…
Najgorzej. To chyba ja…

I ta cisza. Przyciskam do siebie poduszkę, nakrywam bardziej kołdrą. Cisza zaczyna dudnić, łomot przeszywa mózg. 

To chyba jednak ja…