Bywają poranki kiedy w gębie puchną poprzedniej nocy wypowiedziane
brednie pijaka, jak wtedy, kiedy próbujesz przeżuć najtańszą możliwą macedońską
chałwę kupioną na ulicznym straganie Rumuna w Złotych piaskach.
Albo będziesz walczył do utraty tchu, albo poczekasz aż to
wszystko się rozpuści, żeby w końcu zacząć przełykać swobodnie ślinę i oddychać
bez stresu. Możesz walczyć, może się
udać. Możesz udawać, że wszystko okej i niby spokojnie czekać. Czekać? Czekać… Trochę się podduszać. Leci wtedy z oczu, z
nosa… łzy mają różne postaci. Darmo wtedy podlewać winem czy wodą, piwem czy
wódką. Przyjdzie samo. Oswobodzenie.
Czas rozcieńczania, topnienia, rozpuszczania, tego
stopniowego napowietrzania trzeba jednak dobrze zagospodarować, by nie zginąć
pośród zalepionych mord tłumu. By nie sięgnąć chałwo wiadrowego dna. Mimo braku tchu krzyczeć na głos swoje imię i
znaczyć pozycję bycia tu i teraz. Docierać. Rozdzierać i pchać się na przód. Można?
Można. Po co? By być.
W tym istota naszego istnienia by BYĆ, nie tylko istnieć. Widzieć
nie patrzeć, dostrzegać i jarzyć. Mimo wielu niespokojnych myśli nie tracić
tego co w nas.
Przecież to tam jest.
Przecież to tam jest.
Popuszcza. Można w końcu zacząć delikatnie przeżuwać…
słodycz zalewa całego mnie, do granic możliwości, do gardła szczypania, po żołądkowe
kwasy napływające refluksowym szlakiem. Popuszcza. Z jednej strony lżej, z
drugiej trudniej jest. Wody.
Spojrzałem w sufit. Niby nic. Biały ze starowodną plamą po
kąpieli sąsiada. Kawałki farby zwisały nienaruszone od lat. Niby nic. Niby farba,
piekielne lustro mojego niechciejstwa, oporu przed zmianą, znienawidzone ja w
środku gówniano-brązowej plany rdzawej z rury wody. Coś więcej?
Nie. To mniej. Mniej niż kiedykolwiek przedtem. Mniej niż pół
połowy mnie w donicy torfu bez korzeni, w gnoju po łopatki. Czujesz? Nie czujesz.
Wody kolejny łyk i leci. Leci dalej. Czytasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz