Od potrzeb tych zwykłych i tych nieco mniej boli mnie już brzuch. Od stukotu drukarki i podbijanego stempla. Od bipu skanera niczym ze społem, od twardego dzwonka telefonu i miękkiego „plum” przychodzącego maila. Od wczorajszego „NIE” i dzisiejszego „Tak”. Od zakupu i sprzedaży, od transferu i depozytu. Od zawsze, na zawsze, przez teraz. Padam na ryj.
Zapalam kilka świeczek, wyłanczam telewizor, otwieram laptopa. Oto i blask chemicznego słońca odbija się na mojej bladej od neonowej depresji twarzy. Pada na mnie przez światowe moje okno LCD. Dramat i tragedia jak to mawia klasyk. W końcu chwila ciszy. CHWILA dosłownie.
W tej jednej chwili, kilku minutach trzeba ukierunkować wszystkie swoje myśli, posegregować plany, przeprowadzić setki analiz, zadecydować co dobre, a co złe. Co robić i czym wcale się nie zajmować. Trzeba stwierdzić ile czego i za co. Dowiedzieć się jeszcze przy tym jak, gdzie i z kim. No i dlaczego tak a nie inaczej, i czy inaczej jakoś można, a jeżeli tak, to jak?
To jakieś tragiczne uzależnienie! Pragnienie spokoju prawie zawsze obraca się w nieustanne działanie. Na domiar złego, nie da się tego jakoś ukierunkować, w jedną rzecz od początku do końca, żeby w końcu zrobić coś dobrego, coś takiego, że będę mógł pwiedzieć TO JEST TO!
Po tej całej CHWILI SPOKOJU padnięty jestem jeszcze bardziej. Chyba lepiej jej nie mieć. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś, przy innym stanie osobowym współchwilowników.
Wiem, że jutro znów będę próbował.
też codziennie próbuje, w różnych momentach, czasem kilka razy. A jestem prawie przekonana, że nigdy mi się nie uda. Tobie tez nie. Bo tak to się wszystko układa-nieukłada...tyle ;)
OdpowiedzUsuń