czwartek, 29 grudnia 2011

Lekkim okiem: Koncert trzech Lekktorów


Gwiazda

Gdy w garnuszku o północy
Moje życie koło toczy
Oczy moje na dnie szklanki
Nie odsłonię już firanki

Na niebieski kuchni sufit
Gdy zapłonie łuną świt
Tam gdzie żadna już nie zalśni
Najjaśniejsza nawet z nich.




Kuropatew

Lecz czy kiedyś przyjdzie przeszłość?
Czy uchwycę teraźniejszość?
Jak zamienić mą nienawiść
W to co każdy w sercu ma?

Czy wystarczy jej na tyle
By me oczy poszły spać
Czy też będzie jej na tyle
Żeby dać jej, potem brać
                                 Na mać…





Marek i Hanka

Wieszak, bo lubię wieszać
Łokieć, bo lubię mieszać
Sracz, bo rano pomyśleć mogę
Że zbyt wiele czasu upłynęło w tamtej dobie

Ileż dób minie zanim rozumieć zacznę
I obserwacje moje zapiszę bacznie
Bo lubię bakać
Bo nie chcę już mieszać, wieszać i płakać.

czwartek, 24 listopada 2011

W dupie chuj - Kokaina

Od potrzeb tych zwykłych i tych nieco mniej boli mnie już brzuch. Od stukotu drukarki i podbijanego stempla. Od bipu skanera niczym ze społem, od twardego dzwonka telefonu i miękkiego „plum” przychodzącego maila. Od wczorajszego „NIE” i dzisiejszego „Tak”. Od zakupu i sprzedaży, od transferu i depozytu. Od zawsze, na zawsze, przez teraz. Padam na ryj. 

Zapalam kilka świeczek, wyłanczam telewizor, otwieram laptopa. Oto i blask chemicznego słońca odbija się na mojej bladej od neonowej depresji twarzy. Pada na mnie przez światowe moje okno LCD. Dramat i tragedia jak to mawia klasyk. W końcu chwila ciszy. CHWILA dosłownie. 

W tej jednej chwili, kilku minutach trzeba ukierunkować wszystkie swoje myśli,  posegregować plany, przeprowadzić setki analiz, zadecydować co dobre, a co złe. Co robić i czym wcale się nie zajmować. Trzeba stwierdzić ile czego i za co. Dowiedzieć się jeszcze przy tym jak, gdzie i z kim. No i dlaczego tak a nie inaczej, i czy inaczej jakoś można, a jeżeli tak, to jak? 

To jakieś tragiczne uzależnienie! Pragnienie spokoju prawie zawsze obraca się w nieustanne działanie.  Na domiar złego, nie da się tego jakoś ukierunkować, w jedną rzecz od początku do końca, żeby w końcu zrobić coś dobrego, coś takiego, że będę mógł pwiedzieć TO JEST TO! 

Po tej całej CHWILI SPOKOJU padnięty jestem jeszcze bardziej. Chyba lepiej jej nie mieć. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś, przy innym stanie osobowym współchwilowników.
Wiem, że jutro znów będę próbował.

środa, 26 października 2011

W dupie chuj - Do zerzygu


Godzina już prawie 23:30. Wentylator w laptopie przycichł po zmianie na Qui et Office Mode i już tylko tykanie tego przeklętego budzika, który jak na złość, im później, tym głośniej napierdala tym młotem w metalową, coraz większą, w końcu olbrzymią, rurę kanalizacyjną. Nie wiem jak to się dzieje ale niesamowitym zjawiskiem jest, że w ciemności wszystko milknie. Życie milknie. I każdy szelest staje się łomotem. Cisza jest tak potężna że słychać migotanie diod. 


Sen znów ziołowo przyspieszony, bo ciężko czasami tak samemu. Monotonia codzienności i  tasamość cochwili, nie pozwalają jakoś odpocząć umysłowi. Dziwność zdarzeń i niezrozumiałe dystanse międzyludzkie w sprawach zwykłych i normalnych, powodują, że coraz mniej się chce przyglądać, być, słuchać i mówić – bo siłą rzeczy nikt nie słucha. Lekkość relacji zamienia się w ciężar bycia. Zamienia się wokoło nożną kulę, która przecież tam wcale nie musi być. Sami sobie tworzymy kajdany z łańcuchów nieszczerości i blefów drobnych, z czasem niepojętej hipokryzji. Krok po kroku wpadamy w brak zaufania i zobojętnienie. Zobojętnienie zaś jest najgorszą z ludzkich form egzystencji. Nie mieć odruchu, zdania, formy, to jak nie żyć już wcale. 


Ciężko ostatnio składać myśli. Jeszcze trudniej zagospodarowywać wolny czas w taki sposób żeby nie popadać w paranoję, zwłaszcza że trzy czwarte czasu, z wyłączeniem snu, jest czasem wolnym ostatnio. Tak duża ilość wolnego czasu i namiar okazji myśleniowych doprowadzają do całkowitej życio dezorganizacji. 


Następuje konieczność, ochota, przymus wewnętrzny przestrzeni, zmiany otoczenia. Przykurcz zdarzeniowy, który ogarnia człowieka co dnia, łączy maszynę wielkiego brata ze świstakową codziennością. Nadciąga dramat istnienia. 


Jutro ktoś z mojego zespołu otrzyma wolność. Ktoś z pięciu otrzyma wolność całkowitą, bądź też wolność mniej chcianą, tułaczą – wolność z przeniesienia. I chciałbym bardzo, żebym to ja otrzymał tą wolność całkowitą, chociaż wiem, że jeszcze na nią nie zasłużyłem. Różowa Emka rządzi się od pewnego czasu swoimi dziwnymi prawami, których nikt nie jest w stanie pojąć. 


Chińskie ciasteczko powiedziało mi dziś, że stąpał będę po ziemiach wielu krain. Bardzo mnie to ucieszyło. 

Ot wyplute takie z wieczora.

wtorek, 16 sierpnia 2011

W dupie chuj - Nie Lekki

Zastanawia mnie jedno. Ile razy człowiek musi odczuć, że jego sprawa nie znaczy nic dla innych, aż w końcu zacznie naprawdę o swoje sprawy dbać? Ja na przykład ten zmieszałem piwo z rumem i malinowym sokiem. I tak łyk po łyku, wsłuchując się w tupot, mlask, klask i chlap deszczu za oknem (o, i nawet grzmot), zastanawiam się w jaki sposób się obrócić, może odwrócić, jaką politykę zastosować, a może nie stosować żadnej i zdać się na instynkt, w codziennym działaniu ku zaspokajaniu własnych, stricte materialnych potrzeb. W zaspokojenie tych duchowych coraz rzadziej zdarza mi się prawdziwie wierzyć. Oczywiste jest, że istnienie możliwości zaledwie w niewielkim procencie oznacza samo ich realizację. 

Czy jest w ogóle taka opcja, żeby w pojedynkę odnieść jakiś prawdziwy życiowy sukces, żeby znaleźć swoją drogę i po niej iść, będąc wiernym swoim wartościom? Czy można przy tym odnieść sukces finansowy i wieść dostatnie życie, niczym się nie przejmując? Czy taka opcja jest możliwa TU I TERAZ? Z jednej strony tak chcę właśnie żyć, z drugiej coraz częściej wątpię w to, czy w ogóle tak się da.

Chciałem kiedyś działać dla dobra ludzkości, chciałem kiedyś śpiewać, tworzyć i promować. Chciałem zawsze przy tym wszystkim pisać i być czytanym, jednak ułożona pochylnia od Sapkowskiego, Tolkiena do Orzeszkowej czy Reymonta (fakt, Ten dostał Nobla ale trochę taki nobel jak dla Obamy, żeby było by się wydawało, a może bali się, ze Chłopi będą miały więcej tomów) i porównanie niechęci czytania mojego, do czytania lekturowego, powoduje, że nie mam ochoty! Zdecydowanie stan rzygania powinno się osiągać pijąc w nadmiernych ilościach alkohol, a nie czytając takie flaki jak chłopoepopeiczny opis padającego bydlęcia. 

Kończy się piwo, rum wyszedł… A ja ciągle nie wiem jaką strategię bycia przyjąć. Pozostaje położyć się, wbić myśli w sufitowe malunki i zasnąć nieco kamiennie, nieco króliczo, tak oby do rana odrobinę wypocząć… Grunt, że nie na okruchach… aczkolwiek, kto wie, gdzie noc ta się skończy. Z brakiem procentu wena ucieka, ulatnia się jak alkohol, dokładnie. Jeszcze tylko mały przemarsz do kibla, wylać z siebie nadmiar płynu i można podryfować w nieznane. Notabene ciekawe co tak naprawdę dzieje się z nami jak śpimy? 

P.S. i tak będę bazgrolił… Lekki musi ciągle znaczyć… Taki przykaz z góry. Bo Ci, którzy są tam tam, nie zawsze są tam tu, a już w ogóle tu tu. Chociaż czasem i tak bywa. Nie łatwa to materia, ale nade wszystko trzeba naumieć się ją przyswajać i stosować.

poniedziałek, 4 lipca 2011

W dupie chuj - Lekki już nie wychodzi.

   Pewne rzeczy trudno jednoznacznie stwierdzić. Byt i istnienie nie zawsze idą w parze ze świadomością jestestwa stąd też tak wiele niedogodności życiowych w postaci niedomówień i niedoskonałości relacji międzyludzkich. Sam jeden zastanawiam się czasem jak do tego wszystkiego dochodzi i dlaczego jest tak jak jest. Nie wiem. Za chuja nie wiem. I nikt się chyba nie dowie nigdy. Dlaczego tworzymy sami sobie bariery, których przejść się nie da, co kolejno powoduje stres i konflikty rodzone z dziwnych stanów zwanych depresjami itp. Że co, że szczerości brak? A może za dużo egoizmu i dumy? Kto to wie… my nie.  Oto nad czym można zastanawiać się otwierając kolejną butelkę wina. Jeden korek, a taki temat. I chociaż dziś wyjątkowo korek w aromacie wina, a nie stęchłego drewna za  jedenaście pięćdziesiąt peelena, to przemyślenia ciągle te same. Tokaj furmint, rok 2007 – bardzo dobry.

   Dobrze czasem siąść w fotelu, wyciągnąć nogi na stół i poudawać filozofa. Zastanowić się nad tym co mam, gdzie jestem i  gdzie będę jutro. A że mam ciągle za mało, jestem w czarnej dupie, a jutro to równanie z milionem niewiadomych – jedno wino zawsze jest niedostatecznie małym napędem ku wróżeniu świetlanej przyszłości. Ot życie upływa od wieczora do wieczora, od butelki do butelki, od jednego pustego tekstu do drugiego, który zawsze jest tym ostatnim – jak kieliszek przy stole. 

- Lekki wchodzisz za 3 minuty!

   No i po filozofowaniu. Jeżeli dzisiaj znowu się wysypię i poznają, że się znowu najebałem przed występem, to na pewno będzie mój ostatni popis. Muszę się jakoś ogarnąć. Na stoliku przy fotelu poza winem jedynie karafka z czystą wodą, w rogu małą umywalka z lustrem pamiętającym jeszcze zimną wojnę, i niby mydło w płynie. Uroku dodają zawsze zielone papierowe ręczniki, wiecie które, te, co wytarcie nimi twarzy sprawia, że ich swoisty naturalny odór czujesz przez następne czterdzieści minut. Masakra.
Wstałem z fotela. Jest dobrze. Stać jeszcze potrafię. Dobrze że hołota słabo zna angielski, nie będzie słychać jak bełkoczę. Podszedłem do lustra, odgarnąłem nieco włosy, poprawiłem kamizelkę. Wychodzę.

- Ile można na Ciebie czekać?! Już grają. Wchodź i nie spierdol tak jak ostatnio.
- OK. – w dupie totalnie to mam. Tak naprawdę te kilka stów weekendowo pozwala mi jedynie zjeść kawałek chleba od czasu do czasu i napić się nieco lepszego wina. Poza tym nic. Właściciel kamiennicy przy Niedurnego już dawno obiecał wymienić zamki tak abym nie mógł wejść. Wiem, że on sam nie ma kasy nawet na te jebane zamki, tak więc jesteśmy skazani na siebie na nieco dłużej.

   Sala była pełna. Jednak do końca nie wiem czy ktokolwiek chciał tego słuchać. Wydaje mi się, że ci ludzie przychodząc tu od kilku miesięcy, co weekend słuchając tego samego, przestali w ogóle zwracać uwagę na to co dzieję się na tej małej, zakurzonej scenie. Wolą napić się piwa w promocji „minus pięćdziesiąt groszy” niż słuchać tego bełkotu. Chłopaki grali już od dwóch minut, a oni ciągle gadają! Rumor jak na targowisku. Chociaż raz chciałbym, żeby ktoś nas posłuchał. Żeby posłuchał mnie do chuja!

- Kurwa mać! Ludzie!

   Dziesiątku gardeł zamilkło w jednym momencie, setki oczu spojrzały prosto na mnie. Chłopaki przestali grać, gubiąc się w tym co się dzieje. Widziałem, że już mają dosyć, a jeszcze przecież nawet nie zaczęli. Wymiękłem. Nie mogłem.

- Ma ktoś fajkę? Bo zapomniałem. Masz coś? Zarzuć…
­ 
   Grubas, na którego spojrzałem zwlókł się ze stołka, podciągnął gacie, żeby ukryć swój spocony, owłosiony pośladkowy przerębel  i podał mi fajkę. Był obleśnie spocony, na dodatek jebało od niego tanim piwem za wielkie pieniądze. Na szczęście nie palił fajrantów.

- Dzięki. A ogień?

   Gruby wyjął zapalniczkę i odpalił. Udawałem, że palę, bo przecież ja kurwa nie palę, bo nie potrafię, a każde zaciągnięcie grozi zarzyganiem całej sali. Nabrałem dymu raz. Nabrałem drugi. Gruby usiadł w tym czasie, a ja zajęty koncentrowaniem uwagi na tym, żeby czasem się nie zaciągnąć, mogłem przestać myśleć o tym, że oni teraz ciągle na mnie patrzą. Zauważyli mnie w końcu i chcą teraz wiedzieć po co tu jestem i co robię.
Gruby sięgnął po piwo, wychylił dwa łyki i siedział wpatrzony we mnie. Udawałem że delektuję się tą fajką, starając się nie łapać kontaktu wzrokowego z nikim.Odwróciłem się do chłopaków i spod czoła, przymrużając oczy dałem znać, żeby grali dalej.

   Po kilku minutach grania doszedłem do wniosku, że gramy za głośno. Gwar był nie do ogarnięcia. Nie chciało mi się już przerywać. Ciągle wpatrywałem się w Grubego. Wychylał już chyba szóste piwo. Brał kolejne piwa połówkami. Pół szklanki teraz, pół za chwilę, i kolejne.

   Strzeliłem petem w jego stronę, ten wpadł mu do szklanki. Gruby wychylił piwo z petem i nawet nie zauważył!

   Po drugiej stronie sali w swej, jak co wieczór, czerwonej kreacji zaprzeszłej kurtyzany, dzieliła pocałunkami panna, której dla dobra sprawy imienia nie zdradzę. Chociaż już wiekowa to panna. Przysiadała się prawie do każdego stolika, bo prawie każdy to jej znajomy, pochodzenia jakiegoś tam. Na koniec wieczoru, absolutnie wcięta przychodzi zawsze do mnie, wyznaje mi miłość, po czym oznajmia wprost i otwarcie, że tak naprawdę to chce tylko żebym ją przerżnął. Piękna kobieta.

   W stoliku obok panowie prezesi, nieco dalej nic nie warte urzędnicze szuje, a obok nich magiera z kiosku ruchu.

   Co weekend ci sami, co weekend to samo, co weekend tak samo.  Boże, gdzie ja jestem?!

   To był mój ostatni raz. Nigdy więcej nie wyjdę. Dziękuję, dobranoc.

wtorek, 31 maja 2011

W dupie chuj - Był sobie Lekki (Lekki słucha, Lekki pomaga.)


   Czasami trudno być Lekkim, a właściwie mało kiedy łatwo takim pozostać. Najgorsze są chwile kiedy nie ma do kogo gęby otworzyć,  a ludzie, z którymi chciałby się zamienić kilka słów, Ci – wydawałoby się – najbliżsi, nie koniecznie chcą rzetelnie słuchać, broń boże już coś w temacie powiedzieć więcej i doradzić. Bądźmy szczerzy, nie słuchają wcale. To boli chyba najbardziej. No ale widocznie już tak to musi być. Zaś słuchaczem trzeba być zawsze wyśmienitym, zawsze coś doradzić i podpowiedzieć, bo jak się nie doradzi i nie podpowie, to się jest złym. Nie jest się już Lekkim ale ciężkim niepotrzebnym - balastem. I trzeba mówić dobrze, i trzeba mówić ładnie.  
   Czasami chciałbym wiedzieć gdzie jest, poczuć granicę pomiędzy byciem dobrym dla wszystkich, a byciem zwykłą szmatą. I nie chcę, bo nigdy nie chciałem, bo mi nie zależy na oklaskach, żeby się mną zachwycali, ale żeby ludzie potrafili docenić czasem to, że się jest. Żeby gestem drobnym potrafili odwzajemnić gest. Bez słów nawet, kurwa, proste to jak drut.
   Zdziadziałem chyba już całkiem wypisując to wszystko, ale czy w tym zajebanym od ego-gówna świecie nie ma już miejsca na odrobinę człowieczeństwa? Ile można gonić?!  Jak na ironię sam biorę udział w tym wyścigu, sprzedaję i kupuję, handluję ludzkimi umysłami, potrzebami i wolą. Żeby mi jeszcze kurwa za to dobrze płacili to może bym to zaakceptował jako konieczność dającą byt. Ale nie daje mi to nic poza wyrzutami sumienia, poza codzienną dawką sarkazmu zżerającego moje JA i moje BYĆ. Nie otrzymuję nic w zamian jak zobojętnienie na innych. I siedzę co dnia te 8 zasranych godzin i słucham, pomagam, bo pomóc muszę, mimo iż nie chcę w ogóle już!
   Potem przychodzę do domu wieczorem, otwieram kolejną butelkę czerwonego wina i zastanawiam się nad tym, co ja tutaj robię… nie raz chciałbym uciec! Wyjechać gdzieś na chwilę tylko, żeby chociaż trochę zatęsknić za tym wszystkim, za ludźmi, za życiem takim jakie tutaj jest.
   Kiedyś potrafiło być pięknie, naturalnie tak i beztrosko. I nie chcę już szukać niczego nowego. Wszystko to co poznałem, co miałem do tej pory na tyle mnie zniechęca w dniu dzisiejszym, że szukanie nowego wydaje się być tylko pomnażaniem tego obecnego bólu w przyszłości. Bo nie można zapominać, można jedynie kolekcjonować wydarzenia przeszłe. I czy chcemy czy nie chcemy, zawsze będzie się do nich wracało. Nawet jeżeli mistrzowsko opanuje się sztukę okłamywania samego siebie, próbę kamuflażu pamięci, nic to nie pomoże.
   I za prawdę powiadam Wam w dupie mam interpunkcję w tym co piszę, w dupie fleksję mam dziś i ortografię, i w ciemni tej niech siedzą, bo kończy mi się butelka wina. I z mistrzem Żegalskim malował będę kolejne bez precedensu madonny z wibratorami. Bo do stracenia na tym świecie nie ma już nic, a zyskać można jedynie to, czego nikt nie chce.

sobota, 28 maja 2011

W dupie chuj - Poraz pierwszy. Lekki o poranku.

   Stawiając sztywno nogi na łazienkowym dywaniku, próbowałem się nie ześliznąć i nie wyjechać całym swoim sflaczałym cielskiem do hallu. Trzymałem się kurczowo umywalki i próbowałem spojrzeć w lustro. Próbowałem jedynie, bo z całej mojej przypadłości nie byłem w stanie niczego konkretnego zobaczyć. Ledwo otwarte, przekrwione, podpuchnięte oczy spoglądały na mnie z niby zdziwieniem, niby to niechęcią, spod roztrzaskanej granatnikiem grzywy przetłuszczonych loków. Tak, to byłem ja. Ja jakiego sam nie znałem. Zegzystencjalizowane samoistnienie. Rozpierdol umysłowy i fizyczne zaniedbanie na całej linii. Nie da się opisać takiego obrazka i ogarnąć świadomości, która powoduje człowiekiem w chwilach tak tragicznych. Chociaż z drugiej, strony cały ten obraz zakrawa na nieopisaną dotąd komedię. Bo oto stoi przede mną człowiek, którego tak wielu ma za godnego naśladowania, który dziś jest jedynie godny pożałowania. Niczym zbity kopalniany ślepy koń, kłuty ostrogami brutalnej rzeczywistości. Niesamowita niezdolność istnienia może doprowadzić człowieka do skrajnie niekomfortowych doznań.

   Czułem jak tłoczy się w moich ustach ślina, nerwowo ściekając w żołądek. Nie był to zwykły wyścig plwin, chcących spróbować wydostać się na zewnątrz drugą stroną. To był swoisty alarm i ostrzeżenie. Dosadna komenda mojego fizycznego ja. NA KOLANA! – krzyczało całe moje „w środku”.  Zluzowałem kolana i niczym trącony z wiatrówki gołąb, runąłem odbijając się czołem od rantu sedesu. Umywalkę zastąpił kibel, a lustro… lustro wody zostało rozbite strumieniem rzygowin. Wszystko trwało kilka minut. Jakby stado szalejących wróbli starało się za wszelką cenę wylecieć z mojego ja. Nie było już odwrotu. Trzeba było poddać się potworowi z wnętrza mojego marnego ciała i  oddać kanalizacji to co miało wyjść nazajutrz drugą stroną.

   Koniec. Skończyło się i jakby w środku lżej. Ta cudowna pustak okupiona tak potężnym wysiłkiem. Osunąłem się na ziemię i położyłem głowę na, wydawałoby się, miękkim i suchym około kiblowym dywaniku. 

Lekki, żyjesz? – stukanie do drzwi, i nic więcej już nie usłyszałem.

   Obudziłem się w łóżku. Był sierpień, a wydawało mi się, że jest grubo poniżej zera. Zimno jak skurwysyn.