sobota, 28 maja 2011

W dupie chuj - Poraz pierwszy. Lekki o poranku.

   Stawiając sztywno nogi na łazienkowym dywaniku, próbowałem się nie ześliznąć i nie wyjechać całym swoim sflaczałym cielskiem do hallu. Trzymałem się kurczowo umywalki i próbowałem spojrzeć w lustro. Próbowałem jedynie, bo z całej mojej przypadłości nie byłem w stanie niczego konkretnego zobaczyć. Ledwo otwarte, przekrwione, podpuchnięte oczy spoglądały na mnie z niby zdziwieniem, niby to niechęcią, spod roztrzaskanej granatnikiem grzywy przetłuszczonych loków. Tak, to byłem ja. Ja jakiego sam nie znałem. Zegzystencjalizowane samoistnienie. Rozpierdol umysłowy i fizyczne zaniedbanie na całej linii. Nie da się opisać takiego obrazka i ogarnąć świadomości, która powoduje człowiekiem w chwilach tak tragicznych. Chociaż z drugiej, strony cały ten obraz zakrawa na nieopisaną dotąd komedię. Bo oto stoi przede mną człowiek, którego tak wielu ma za godnego naśladowania, który dziś jest jedynie godny pożałowania. Niczym zbity kopalniany ślepy koń, kłuty ostrogami brutalnej rzeczywistości. Niesamowita niezdolność istnienia może doprowadzić człowieka do skrajnie niekomfortowych doznań.

   Czułem jak tłoczy się w moich ustach ślina, nerwowo ściekając w żołądek. Nie był to zwykły wyścig plwin, chcących spróbować wydostać się na zewnątrz drugą stroną. To był swoisty alarm i ostrzeżenie. Dosadna komenda mojego fizycznego ja. NA KOLANA! – krzyczało całe moje „w środku”.  Zluzowałem kolana i niczym trącony z wiatrówki gołąb, runąłem odbijając się czołem od rantu sedesu. Umywalkę zastąpił kibel, a lustro… lustro wody zostało rozbite strumieniem rzygowin. Wszystko trwało kilka minut. Jakby stado szalejących wróbli starało się za wszelką cenę wylecieć z mojego ja. Nie było już odwrotu. Trzeba było poddać się potworowi z wnętrza mojego marnego ciała i  oddać kanalizacji to co miało wyjść nazajutrz drugą stroną.

   Koniec. Skończyło się i jakby w środku lżej. Ta cudowna pustak okupiona tak potężnym wysiłkiem. Osunąłem się na ziemię i położyłem głowę na, wydawałoby się, miękkim i suchym około kiblowym dywaniku. 

Lekki, żyjesz? – stukanie do drzwi, i nic więcej już nie usłyszałem.

   Obudziłem się w łóżku. Był sierpień, a wydawało mi się, że jest grubo poniżej zera. Zimno jak skurwysyn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz