sobota, 23 lipca 2016

Księga dżungli

Położyłem się na betonie i słuchałem szumu rzeki. Wpatrywałem się w niesamowicie czarne niebo rozświetlone milionami gwiazd, i uświadomiłem sobie, że nic o mnie nie wiecie. Pozdrawiam. Lekki. 

sobota, 16 lipca 2016

Deszcz na betonie



Dzisiaj mówię sobie pass. Dzisiaj już nie potrafię nic czuć, poza potężną złością i totalnym wkurwieniem. Mam dosyć patrzenia, mam dosyć łudzenia się wszystkim tym czym się karmię od wielu lat. Mam dosyć kłamstw i obłudy, robienia siebie samego w ciula żyjąc w kraju, w którym żyję. Cały czas wierzyłem, że mogę, że potrafię, że tu się coś da zrobić więcej. Dalej wierzę… ale już nie daję rady dźwigać wszystkiego sam ze sobą.  Człowiek nie jest stworzony do tego żeby żyć sam dla siebie. Tak się po prostu nie da. Można udawać i próbować, ale po jakimś czasie wszystko trafia szlag i choćbyś nie wiem jak był wspaniałym przez lata, i robił nie wiadomo co, to i tak na koniec zostajesz ze wszystkim sam. 

Przez lata byłem „bj wszechmogący”. Ten co to wszystkich zna, wszędzie jest, wszędzie działa i potrafi wszystko. Od kładzenia kafelek, po relacje z kobietami – pytaliście mnie o wszystko, wszystko o czym nie miałem pojęcia i cokolwiek doradziłem, to było dobrze. Nie wiem skąd i czemu tak. Naprawiałem samochody, budowałem domy, pracowałem od rana do wieczora w korpo gównie, w weekendy grałem koncerty, potem robiłem muzykę, z każdym miałem czas się napić wódki. Kiedy było trzeba zabawić towarzystwo to BJ, kiedy było trzeba złagodzić sytuację w  rodzinie – BJ, kiedy chciało się jeść to BJ gotował, jak chciało się pić to BJ przynosił flaszkę. 

Jak strzelam fajerwerki to jestem fajny, jak siadam na kanapie, bo nie mam sił i proszę o to, żeby ktoś ze mną był to już nie. Siedzę zawsze sam. Nienawidzę użalania się nad sobą. Ale też nie znam ludzi, którzy tego nie robią. Mi też się zdarza – właśnie teraz. 

NIE MAM JUŻ SIŁY. 

Nie mam już siły na nic. Te wszystkie sufity, które miałem pod sobą, właśnie walą mi się prosto na łeb.
Rozbieram się do naga, wychodzę na deszcz. Wbijam w trawnik białą flagę.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Pozytywka



Jechałem na tym rowerze sam nie wiedząc dokładnie gdzie i po co, i chociaż mój wewnętrzny GPS doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jedzie do domu, to jakoś dziwnie było mi żal tam się wybierać.  Robiło się coraz ciemniej, a moje oczy pozbawione procesorów, rower lampy - nie ułatwiało mi to dalszej drogi. Pojedyncze błyski piorunów na niebie rozświetlały mi nieco drogę przez Chebzie. Nie wiem jak, ale udało mi się przejechać cało przez tą totalną ciemność pomiędzy tirami i autobusami.
Lekko padało.

Dzisiaj coś się przelało. Jedno zdanie przebrało miarę całkowicie. Kolejne dwa zalały podłogę.

Czas powycierać.

Wchodziłem do klatki z mózgiem w innym wymiarze. Nawet nie zauważyłem babci z wnuczkiem, która otwarła mi drzwi i puściła przodem. Chwyciłem rower i zacząłem się wspinać po schodach.

- Babciu ten pan jechał na rowerze
- Tak, Pan ma taki duży rower i jak urośniesz też na takim pojedziesz
- Babciu zaczekaj. Nie możemy tak iść po tych schodach. Nakręć moją melodyjkę.

[zgrzyt zgrzyt zgrzyt]

Po całej klatce schodowej rozniosły się dźwięki pozytywki. Jak ja dawno nie słyszałem grającej pozytywki. W moment się ocknąłem, spojrzałem na babcię i małego, uśmiechnąłem się, a oni nie pozostali dłużni.

- A Babciu jak dojdziemy do mojego domu to załączymy jeszcze dzwonki od drzwi i już w ogóle będzie fajnie

- Tak załączymy – babcia uśmiechnęła się do mnie jeszcze raz.

Stop.

niedziela, 3 lipca 2016

Boży klej



Boży klej wpadnie pomiędzy ludzi raz na jakiś czas. Skleisz się z drugim i nie ma szans żeby puścić. Puściłbyś ale wiesz, ze oderwiesz kawałek siebie raz na zawsze. Puściłbyś ale wiesz, że to będzie cholernie bolało. No i nie puszczasz. W końcu samo usycha i odlatuje, jak gdyby nigdy nic. Faktycznie tak łatwiej, tak lepiej. Z resztek zaś tworzy się na ciele strup. Taki co nie pozwala za bardzo przykleić się już nikomu innemu, no może czasami na moment ktoś się doklei znienacka i chwilę pobędzie bardzo blisko. Nie mniej najczęściej jest tak, że tam gdzie ten strup, tam bardzo ważny obszar jest tego sklejonego jestestwa i nie ma szans na to, żeby swobodnie w tym miejscu rosnąć i się rozwijać. Koło się zamyka. Znowu albo odrywasz, albo czekasz aż odpadnie.  

Czasami jest tak, że ten klej wpadnie i wiesz, że to jest to. Wiesz, że tak miało być, że inaczej być nie może i choćby nie wiem co się działo, to nie puścisz, choćby nie wiem jak się odklejało to będziesz to łatał od nowa, przyklejał i polerował. Tak się przykleja tylko jeden, jedyny raz – na zawsze.

- Przykleiłem się wiesz…
- Co??
- Przykleiłem się.
- Do czego? Jak?
- Do kogo raczej…
- Lekki, co ty kurwa znowu bredzisz?
- Nie przykleiłeś się nigdy jeszcze? Założę się, że tak. Ale ja się przykleiłem na amen. Na zawsze…
- Ja pierdole… mów.
- Czasem jest tak, że spotykasz kogoś gdzieś tam i się przyklejacie. Widzicie się raz, drugi, trzeci, potem co tydzień, a potem co dziennie. Potem od rana do wieczora i tak już zostaje, choćby nie wiem co. Nie miałeś tak nigdy?
- Czasem tak, ale nie na amen…
- No właśnie. Ja też. Ale teraz to całkowicie.  Amen w pacierzu kurwa… daj fajkę.

[szkyrt zapalniczką]
[dym]
[westchnienie]
[zaciąg]
[dym]

- Nie wiedziałem, że palisz.
- Czasem tylko jak się najebię, ale się nie zaciągam, bo jakbym się zaciągnął to bym się porzygał.
- Mhmm…
- Znowu coś nowego. No i nie wiem co mam zrobić. Wiem, że to jest to. Z drugiej strony boję się, że nie dam rady. Że za wolno wlokę się za tą drugą osobą, że w pewnym momencie mi odjedzie i będę mógł tylko pomachać. Boję się, że mogę nie umieć biec tak szybko, boję się, ze szarpnę nie w tą stronę i się to rozerwie. 
- Nie ma się co bać… działać trzeba Lekki. Jak się będziesz ciągle bał to nigdy nic nie zrobisz.
- Jest w tym jakiś sens… 

No i wstajesz z ziemi po raz kolejny, patrzysz na te ściany, okna, na to puste wszystko i uświadamiasz sobie, że albo dzisiaj, albo nigdy.