Dziewięć miesięcy. Tyle ile trwa ciąża ludzkiej kobiety. Ludzkiej
- ciekawe stwierdzenie. Dziewięć miesięcy to dokładnie tyle, ile mija od
ostatniego razu, kiedy widziałem Lekkiego. Gdzie on jest? Co się z nim dzieje? Prawie
rok temu postanowił przewrócić swoje życie do góry nogami, stać się kimś! Rzucił wszystko i poszedł. Mówił wokoło, że
lepiej, że szczęśliwszy, że teraz to On będzie panem świata. No i? No i jest…
Panem samego siebie, bo nic więcej przez te dziewięć miesięcy się mu nie
urodziło. Dziewięć miesięcy prób, starań – ale czy na pewno się starał? Cały
ten czas jakby dobrze zużyty ale całkowicie zmarnowany.
Lekki tułał się tam i tu. Chciał poznawać świat, ale nie
poznał. Chciał poznawać ludzi, ale nikogo nie spotkał. Lekki dalej nie czyta
książek, kupuje je tylko i ustawia na swoim pięknym białym od nicości regale. Nie
poznał do dzisiaj składu garam masala i za każdym razem sprawdza w wyszukiwarce
czy dobrze pisze nazwę tej magicznej mieszanki przypraw. Lekki przez te
dziewięć miesięcy stał w miejscu, podpierając się usilnie prawą nogą nieco z
tyłu, bo tą ma dłuższą, żeby przypadkiem nie cofnąć się w tym wszystkim ani o krok.
Wiatr wiał silny i sypał piachem w oczy, a On stał. Stał tak
jak głaz i rozglądał się wokoło. Obserwując każdy jeden ruch, drobne drgania
powietrza, wszystko to, co mogło dać początek nowemu byciu – słuchał najdrobniejszych
szelestów, każdej jednej ich historii. Jego oczy widziały wszystko co niosło
światło przez ten czas. Były filtrem. Filtrem całego świata, który wpadał
wprost do jego wnętrza, targał jego trzewia na wszystkie strony. Jego uszy słyszały
więcej niż wszystkie wiatry od gór aż po słońce.
W najskrytszej części
swojego istnienia, Lekki ukrył plan, plan samego siebie. Zakamuflowany, ukryty w postaci kamiennego posągu swojego człowieka, przysiadł w najdalszym kącie
swojego ja, i rozpoczął tkanie nowego życia z setek cienkich nici, a każda z
nich połączona z inną historią, na końcu każdej z nich zaś dzwonek – każdy inny,
strojony w nucie jej początku i jej końca. Lekki stworzył świat piękny i idealny – cały na
nowo. Światło wpadało przez oczy, historie prawdziwe i te zmyślone docierały do
uszu, a On wybierał te najlepsze, i tkał z nich bez przerwy – dzień i noc.
Oswojony z ciemnością i ciszą braku krążenia Lekki zapomniał
z czasem o najważniejszym - nie ma bowiem początku czegoś nowego, bez końca
tego co stare. I sen zmorzył go nagle, gdy tkał z nici tradycji i prawości…
Huk potężny. Jasność. Zgrzyt. Wyrwany ze snu Lekki. Cała
Jego misterna konstrukcja zadrżała u posady. I trzask pękających nici, i
dudnienie dzwonków, które przecież miały pięknie razem zagrać. To krew
przepłynęła przez mięsień. Serca kokon trafił szlag. Maski opadły, beton człowieka zsypał się jak piach. Znowu płynie krew… ale czy
w dobrą stronę?
Że nieskładnie? że niepoprawnie ułożone zdania, że sensu
brak? Że chaos? Ot, chaos i rewolucja, to tylko może być początkiem nowego w
nim starym.
- …
- Lekki!
- …
- LEKKI WRÓĆ!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz