Dom. Może tylko mieszkanie.
Wyleżany dywan wydaje się być
dzisiaj nieco twardszy niż przedtem. Może przez to, że dziś jest bardziej
wyleżany niż wczoraj? Białe ściany i sufit. Przymrużając oczy sprawiam, że
topią się kontury. Zanurzam się w bezkresie bieli, wchodzę do kuli, potężnej
białej mieszkanionicości. I nie ma nic. Tylko ja, biel, ściany i sufit, i
skrawek wyleżanego dywanu i w uszach szum od bezkresnej ciszy, i łomot przepływającej krwi.
Zamykam oczy i wychodzę z tego świata. Gdzie? Tam gdzie jest
mi lepiej. Do chwil, wydarzeń, spojrzeń i słów, które dały tyle radości. Do tych
najprostszych rzeczy, które zawsze budzą emocje, te najprawdziwsze. Było ich
kilka. Wyobrażam sobie miejsca, te pełne momentów uniesień i wzruszeń. Słowa,
te niewypowiedziane, a przecież takie prawdziwe, bez których nie da się żyć. Widzę
to wszystko. Wszystko to czuję. Zaczynam słyszeć coraz wolniej przemijający
czas, a tykanie zegara przeradza się w nieznośny łomot. Raz po raz, uderzenie
za uderzeniem i ta wewnętrzna fala euforii mieszana z żalem zmarnowanych szans,
i strachem przed straconym jutrem.
Leżę. Dywan już dawno zamienił się w podeschłą od słońca
trawę. Kolejne źdźbła drażnią mi łydki. Słońce opala mi twarz. Jest cieplej. W końcu
cieplej. Cisza, spokój i znowu ja. To niesamowite
ciepło rozlewa się po całym człowieku. Ogarnia ciało i nie pozwala odejść. W nieznane
zakątki odlatują wszystkie ciężkie myśli. Zostajesz sam ze sobą. Jest pięknie.
Zegar. Huk wskazówek, niczym uderzenia młotem w stalową
rurę. Słońce gaśnie, a trawa zamienia się w beton zimny i twardy od tego co
złe. Znowu wracasz do tego co droczy wnętrze i wyjada mózg. Leżysz w bezruchu i
nie możesz zrobić nic. Dobrze wiesz, ze trzeba się wyrwać z tego świata ale na
twoje wezwanie nie odpowiada żaden, nawet najmniejszy, mięsień. Leżysz. Paraliż
ogarnia cię od stóp, po głowę. Tykanie zegara rozbija ci mózg, sprawia ból
taki, że łzy zaczynają spływać po policzkach. Pierwsze od lat. Od wielu lat. To
niesamowite jak zły jest ten drugi świat, jak ciężkie są jego kajdany. Nie możesz
zrobić już nic. Huk zegara zaczyna nieznośnie przyspieszać, czas przemienia się
w wir. Dogania, ogarnia, niszczy.
Otwieram oczy. Wracam. Znowu te ściany białe od niczego,
sufit i dywan, i ja, i nikt. Ile jeszcze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz