środa, 20 sierpnia 2014

Satelita

Zdarza się Wam chcieć coś mieć ale nie potraficie do tego dosięgnąć? Za każdym razem, kiedy już jesteście TAK BLISKO, znowu coś sprawia, że się oddalacie. Grawitacja życia ciągle walczy z jego siłą odśrodkową. Stajesz się skałą krążącą po orbicie. Ciągle coś w ciebie uderza, a Ty z nadzieją, że za moment znowu będziesz blisko i może w końcu to chwycisz. Jakże ubarwia to życie, dodaje tej niesamowitej ekscytacji, bo wiesz, że za moment znowu o coś wartościowego zawalczysz. I mimo, że wiesz, że ta walka i tak daremna będzie, to walczysz, bo lubisz mieć cel.

Dawno tak nie miałem.

Chociaż wokoło tak wiele wspaniałych chwil, uśmiechów, radości małych i wielkich, to nie cieszą one na dłużej niż ich samych trwanie. Z drugiej strony nie martwią już małe niepowodzenia, nie martwią już też te większe. Czy coś w ogóle jeszcze mnie martwi? Nie. W standardowej sytuacji to powodem takiego, a nie innego patrzenia na otoczenie powinna być nadmierna pewność siebie i przeświadczenie o zajebistości. Tu jednak jest totalne zobojętnienie z tytułu bezsilności. Tak jest. Kiedy przyzwyczaisz siebie i innych do bycia herosem, któremu nie straszny żaden problem, to prędzej czy później sam w tą brednię uwierzysz – zapomnisz o tym, o czym zawsze pamiętałeś – jesteś marnym źdźbłem trawy na wyschniętej ludzi sawannie. Jeden z wielu, jeden z milionów, ten sam, codzienny, zuniformizowany.
Bum.
Leżysz. 

- Wstowej, niy możesz tela leżeć. Nie świruj pawiana. Dosyć już alienacji, jedziemy na grilla.
- Daj spokój. Kładź się obok… czaj ten sufit…
- Kurwa. Sufitów mam dosyć. 
- Nie pierdol. Kładź się.
- No i? – położył się obok na plecach wbijając wzrok w biały od farby sufit.
- Co widzisz?
-Chujowo pomalowany sufit. 
- Kurwa… Jest biały tak?
- Tak.
- Jak zamkniesz oczy to widzisz czerń. Bezkresną czerń. Czyli tak faktycznie nie widzisz nic – bo tak nas nauczyli, że jeżeli jest ciemno to nie widać nic. Czyli niczego wtedy nie ma. Czerń to koniec. Jeżeli się skupisz na tym białym suficie, zobaczysz bezkresną biel. Tylko biel. Będzie wszystko białe. Jeżeli cos jest białe – tak nas uczyli, to jest dobre i czyste, daje początek. Ale skoro i w jednym i w drugim przypadku nie widać NIC tylko coś czemu nadaliśmy umowne nazwy, to jak jest naprawdę między tym różnica? Skoro bezkresna biel jest niczym i de facto bezkresna czerń jest też niczym to gdzie my w tym wszystkim jesteśmy? Skoro koniec jest nieogarniętą przestrzenią i początek też, to tak naprawdę ani jedno ani drugie nie istnieje. Nie ma nic, poza chwilą, w której spoglądamy w ten biały sufit albo zamykamy oczy, myśląc, że nie widzimy wtedy nic, a być może dopiero wtedy można dostrzec całą prawdę, ale od małego uczyli nas, że jak się zamknie oczy to nic nie widać i w to wierzymy do dziś.
- Ja pierdole… jarałeś?

To taka chwila kiedy chciałbyś się podnieść i wymaszerować naprzeciw całemu światu ale wiesz, że leżąc w bezruchu twoje działanie przyniesie ten sam rezultat. Czy przymkniesz oczy, czy zatańczysz w kretyńskim szale niby radości, spowodujesz ruch powietrza wokół siebie, w mniejszym bądź większym promieniu i tyle. Nie dasz rady wzniecić huraganu, który przeniesie góry. Nie poruszysz nawet przelatującej obok ćmy. Czy wpatrujesz się w czarne, czy w białe – nie widzisz nic. Jesteś i to jest cały Twój byt. Wszystko staje się niczym, a to nic, które posiadasz jest dla Ciebie wszystkim. Każdy z nas ma swoje czarne i białe…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz