Zdarza się Wam chcieć coś mieć ale nie potraficie do tego
dosięgnąć? Za każdym razem, kiedy już jesteście TAK BLISKO, znowu coś sprawia,
że się oddalacie. Grawitacja życia ciągle walczy z jego siłą odśrodkową.
Stajesz się skałą krążącą po orbicie. Ciągle coś w ciebie uderza, a Ty z
nadzieją, że za moment znowu będziesz blisko i może w końcu to chwycisz. Jakże
ubarwia to życie, dodaje tej niesamowitej ekscytacji, bo wiesz, że za moment
znowu o coś wartościowego zawalczysz. I mimo, że wiesz, że ta walka i tak
daremna będzie, to walczysz, bo lubisz mieć cel.
Dawno tak nie miałem.
Chociaż wokoło tak wiele wspaniałych chwil, uśmiechów,
radości małych i wielkich, to nie cieszą one na dłużej niż ich samych trwanie.
Z drugiej strony nie martwią już małe niepowodzenia, nie martwią już też te
większe. Czy coś w ogóle jeszcze mnie martwi? Nie. W standardowej sytuacji to
powodem takiego, a nie innego patrzenia na otoczenie powinna być nadmierna
pewność siebie i przeświadczenie o zajebistości. Tu jednak jest totalne zobojętnienie
z tytułu bezsilności. Tak jest. Kiedy przyzwyczaisz siebie i innych do bycia
herosem, któremu nie straszny żaden problem, to prędzej czy później sam w tą
brednię uwierzysz – zapomnisz o tym, o czym zawsze pamiętałeś – jesteś marnym
źdźbłem trawy na wyschniętej ludzi sawannie. Jeden z wielu, jeden z milionów,
ten sam, codzienny, zuniformizowany.
Bum.
Leżysz.
- Wstowej, niy możesz
tela leżeć. Nie świruj pawiana. Dosyć już alienacji, jedziemy na grilla.
- Daj spokój. Kładź
się obok… czaj ten sufit…
- Kurwa. Sufitów mam
dosyć.
- Nie pierdol. Kładź
się.
- No i? – położył
się obok na plecach wbijając wzrok w biały od farby sufit.
- Co widzisz?
-Chujowo pomalowany
sufit.
- Kurwa… Jest biały
tak?
- Tak.
- Jak zamkniesz oczy
to widzisz czerń. Bezkresną czerń. Czyli tak faktycznie nie widzisz nic – bo
tak nas nauczyli, że jeżeli jest ciemno to nie widać nic. Czyli niczego wtedy
nie ma. Czerń to koniec. Jeżeli się skupisz na tym białym suficie, zobaczysz
bezkresną biel. Tylko biel. Będzie wszystko białe. Jeżeli cos jest białe – tak
nas uczyli, to jest dobre i czyste, daje początek. Ale skoro i w jednym i w
drugim przypadku nie widać NIC tylko coś czemu nadaliśmy umowne nazwy, to jak
jest naprawdę między tym różnica? Skoro bezkresna biel jest niczym i de facto
bezkresna czerń jest też niczym to gdzie my w tym wszystkim jesteśmy? Skoro
koniec jest nieogarniętą przestrzenią i początek też, to tak naprawdę ani jedno
ani drugie nie istnieje. Nie ma nic, poza chwilą, w której spoglądamy w ten
biały sufit albo zamykamy oczy, myśląc, że nie widzimy wtedy nic, a być może
dopiero wtedy można dostrzec całą prawdę, ale od małego uczyli nas, że jak się
zamknie oczy to nic nie widać i w to wierzymy do dziś.
- Ja pierdole…
jarałeś?
To taka chwila kiedy chciałbyś się podnieść i wymaszerować
naprzeciw całemu światu ale wiesz, że leżąc w bezruchu twoje działanie
przyniesie ten sam rezultat. Czy przymkniesz oczy, czy zatańczysz w kretyńskim
szale niby radości, spowodujesz ruch powietrza wokół siebie, w mniejszym bądź
większym promieniu i tyle. Nie dasz rady wzniecić huraganu, który przeniesie
góry. Nie poruszysz nawet przelatującej obok ćmy. Czy wpatrujesz się w czarne,
czy w białe – nie widzisz nic. Jesteś i to jest cały Twój byt. Wszystko staje
się niczym, a to nic, które posiadasz jest dla Ciebie wszystkim. Każdy z nas ma
swoje czarne i białe…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz