O co chodzi w tym całym byciu,
zapytasz. Chuj wie. Odpowiedzi może być wiele, jak wielu ludzi, którzy będą
odpowiadać. Interpretacji tyle ile pytających. Liczbą jest silnia z bezsilności - nic. W plecy wiatr to mit, a jak się już komuś
przytrafi to przez pomyłkę. Nie myślcie o mnie źle, ale czy kiedyś szczęście
było w waszym życiu wypadkową innych szczęść? Nie. Zawsze żeby coś mieć, z
czegoś innego trzeba zrezygnować. Żeby jedno dostać, drugie trzeba oddać. Rodzi
się coś, coś umiera. Jedna z wielu nieśmiertelnych prawd, które w końcu trzeba
w swoim życiu przyjąć. I nie było by w tym nic trudnego, gdyby w społeczeństwie
nie było tak wielu malkontentów, którzy namiętnie podbijają ton tej nęcącej
dramaturgii. Tak! Jestem być może teraz jednym z nich, ale nie chodzi o to,
żeby podbijać ten fakt, ale żeby w końcu przyjąć go jako coś naturalnego. Bo to
jest naturalne. Zdrowo myśleć, dobrze jeść. Nie bać się jutra i iść przed
siebie. Pod prąd, pod wiatr, który piach w oczy rzuca. Rżnąć nieudane, piękne
doceniać, upadłe podnosić przy okazji by mieć znowu więcej. Szczęście przyjmować
i oddawać dwa, żeby mieć mniej i szukać kolejnego. Darować, przebaczać i nosić
w sobie nowy gniew by poznawać lekkość ducha po życiowej burzy, kiedy znów
można usiąść obok i powiedzieć „nalej”- Jezus
też polewał wino. Mieć swoją prawdę trzeba ale też i ją
przekazywać innym, aby nie być zdziwionym, że nie widzą ciebie w twoim świecie.
Otwartym być, nie psioczyć pod nosem. Dawać i brać, kiedy dają. Działać, nie
czekać, nie siedzieć, nie zamykać. I możesz czytać biblie całego świata do
końca swoich dni, albo przewinąć ten tekst do początku i zacząć jeszcze raz.
sobota, 31 maja 2014
czwartek, 29 maja 2014
PełZając
Po kamiennych ścieżkach przy rzece rozpusty
Potykam się o drewniane ramiona odpustów
Spoglądam w wir życia
Rozglądam wokoło
Wskakuje do środka
Na twarzy z okładem gównianego błota
Udaję że dobrze tak
Że lepsze jutro
Że piękna sobota
Nad brzegiem strumienia
Falą błyszczącego
Tu pstrąg chlupnie
Tam motyl
Czasem fota
Twarz moja znów twardsza
Nie życiem
A z błota.No diggity
Pobladłe kot
Wypełzają dziś zza szaf
Zastygłą sól z rozdartych liżę ran
Z powyginanych letnich tęcz
Pozostał tylko beż
Od rana jak w najgorszych snach
Do dłoni dłoń
Za patem pat
Z podrasowaną miną w przód
Chociaż trzeba bokiem stać
Rozkładam myśli namiot znów
W miasteczku czarno białych bzdur
Zamykam oczy
Składam broń
Nie opowiadam już
Wypełzają dziś zza szaf
Zastygłą sól z rozdartych liżę ran
Z powyginanych letnich tęcz
Pozostał tylko beż
Od rana jak w najgorszych snach
Do dłoni dłoń
Za patem pat
Z podrasowaną miną w przód
Chociaż trzeba bokiem stać
Rozkładam myśli namiot znów
W miasteczku czarno białych bzdur
Zamykam oczy
Składam broń
Nie opowiadam już
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)