sobota, 31 maja 2014

Samo zło.


O co chodzi w tym całym byciu, zapytasz. Chuj wie. Odpowiedzi może być wiele, jak wielu ludzi, którzy będą odpowiadać. Interpretacji tyle ile pytających. Liczbą jest silnia z bezsilności  - nic. W plecy wiatr to mit, a jak się już komuś przytrafi to przez pomyłkę. Nie myślcie o mnie źle, ale czy kiedyś szczęście było w waszym życiu wypadkową innych szczęść? Nie. Zawsze żeby coś mieć, z czegoś innego trzeba zrezygnować. Żeby jedno dostać, drugie trzeba oddać. Rodzi się coś, coś umiera. Jedna z wielu nieśmiertelnych prawd, które w końcu trzeba w swoim życiu przyjąć. I nie było by w tym nic trudnego, gdyby w społeczeństwie nie było tak wielu malkontentów, którzy namiętnie podbijają ton tej nęcącej dramaturgii. Tak! Jestem być może teraz jednym z nich, ale nie chodzi o to, żeby podbijać ten fakt, ale żeby w końcu przyjąć go jako coś naturalnego. Bo to jest naturalne. Zdrowo myśleć, dobrze jeść. Nie bać się jutra i iść przed siebie. Pod prąd, pod wiatr, który piach w oczy rzuca. Rżnąć nieudane, piękne doceniać, upadłe podnosić przy okazji by mieć znowu więcej. Szczęście przyjmować i oddawać dwa, żeby mieć mniej i szukać kolejnego. Darować, przebaczać i nosić w sobie nowy gniew by poznawać lekkość ducha po życiowej burzy, kiedy znów można usiąść obok i powiedzieć „nalej”- Jezus też polewał wino.  Mieć swoją prawdę trzeba ale też i ją przekazywać innym, aby nie być zdziwionym, że nie widzą ciebie w twoim świecie. Otwartym być, nie psioczyć pod nosem. Dawać i brać, kiedy dają. Działać, nie czekać, nie siedzieć, nie zamykać. I możesz czytać biblie całego świata do końca swoich dni, albo przewinąć ten tekst do początku i zacząć jeszcze raz.

czwartek, 29 maja 2014

PełZając



Po kamiennych ścieżkach przy rzece rozpusty
Potykam się o drewniane ramiona odpustów
Spoglądam w wir życia
Rozglądam wokoło
Wskakuje do środka

Na twarzy z okładem gównianego błota
Udaję że dobrze tak
Że lepsze jutro
Że piękna sobota

Nad brzegiem strumienia
Falą błyszczącego
Tu pstrąg chlupnie
Tam motyl
Czasem fota

Twarz moja znów twardsza
Nie życiem
A z błota.

No diggity

Pobladłe kot
Wypełzają dziś zza szaf
Zastygłą sól z rozdartych liżę ran
Z powyginanych letnich tęcz
Pozostał tylko beż

Od rana jak w najgorszych snach
Do dłoni dłoń
Za patem pat
Z podrasowaną miną w przód
Chociaż trzeba bokiem stać

Rozkładam myśli namiot znów
W miasteczku czarno białych bzdur
Zamykam oczy
Składam broń
Nie opowiadam już