niedziela, 28 grudnia 2014

iGLIWIE



Jestem szczęśliwy
I piękny
Beznadziejnie rozdarty
I nadęty
Płaczę bo jestem
I brak mi po trzecie
W zimę chcę lato
A zimę w lecie.

Kocham.
I tak bardzo nienawidzę
Ten mój chodnik
Telewizor
Ściany z kartonu i gipsu.

Świerkiem pachną mi wszystkie metry
Szeptem rozbrzmiewa mi ALB spod prysznica
Proszę cie zabierz, jeszcze raz,
Gdzie spada gwiazda, gdzie nie ma życia.

Proszę dziś rzuć w nurt rzeki,
Niech otacza
Tak woda, jak kamień
Rozrzuca i wyznacza.

Tak bombka z marketu o podłogę i już.
Odbita. I znów. I wisi.
Nieprawd pełen wianek.
Daj Panie mi śnieg.
I poranek.
 

wtorek, 11 listopada 2014

Maszyna




Nigdy nie myślałem, że będę kim jestem, tu gdzie jestem, i tak jak jestem. Leżąc na podłodze i zastanawiając się nad tym, jak zdobyć więcej i więcej, zapominam o tym, że aby coś rosło, trzeba to nawozić, nawadniać. Ziemia bez wody staje się jałowa. Na ziemi, która nie jest targana powodzią, pożarem, mrozem i słońcem, nic nigdy nie urośnie. Tak samo jest z człowiekiem. Pozbawiony przeżyć, przygody, doznania zła i dobra, bólu porażki i euforii zwycięstwa – stajesz się głazem. Bez tych drobnych kropli życia, tkwiąc w ułożonym, uporządkowanym świecie, stajesz się nieurodzajnym polem palonym słońcem i targanym suchością. Nic na tobie, jeżeli pustka w tobie. 

Będąc piękny i wszechmogący lata wstecz, wstąpiłem do rzeki, która miała być pełna ryb i wody bogatej w minerały. Osady drylujące nurt miały przynosić mi piękne myśli i zdolności, użyźniać, dawać to, co mogę mieć najlepsze, być początkiem mnie samego.

I zdarzył się czasem chorobliwy pstrąg, i osady łechtały mnie co jakiś czas. Woda jednak była jałowa, a nurt niósł ze sobą jedynie śmieci w postaci zastępczych słów, chciwości tabel i bez litości wykresu. Ranking głazów i szarość papieru zza szklanej witryny.  I leżałem. Po czasie przyzwyczajasz się do tego jak jest i przyjmujesz wygodę, którą daje ci system. System regulujący koryto do tego stopnia, że nie dzieje się nic, chociaż na pozór bardzo wiele. Przestajesz reagować, działać, myśleć. Po prostu jesteś. Przyjmujesz i oddajesz to, co chcą żebyś przyjmował i oddawał. I tak co dnia. Wchodzi i wychodzi. Jest i nie ma. Zero, jeden – zawsze dobrze. Jak ta wiklina w ogrodzie pod dupą – niby trzeszczysz, ale nie żyjesz. 

Przełamany. Zostajesz sam sobie w sobie samym. Suchy. Pozbawiony emocji, wrażeń. Czerstwy jak trzydniowy chleb. Nie masz nic i nikim nie jesteś. Stajesz się maszyną, jedną z wielu, co na rozkaz idą budzić nadzieje, po czym kradną to co innym zostało, pozbawiając ich resztek przyszłości. Pokochać? Polubić? Się nie da. Można co najwyżej się przyzwyczaić do tego stanu rzeczy. Po czasie obojętniejesz. Wygodnie jest też być obojętnym. Szukasz wytłumaczenia sytuacji, które mają miejsce – bo oni, bo to nie ja, bo to moja praca. Gówno prawda.

Zbierasz laury. Najlepszy, wspaniały, wszechmogący, BOHATER – suchy, trwały na wieki głaz, pozbawiony emocji. Nikt. Wyprany, wybielony, żałosny. Stajesz się prochem, z którego powstałeś i nic po tobie. Nawet sól już dawno rozwiał wiatr. Furia.

środa, 20 sierpnia 2014

Satelita

Zdarza się Wam chcieć coś mieć ale nie potraficie do tego dosięgnąć? Za każdym razem, kiedy już jesteście TAK BLISKO, znowu coś sprawia, że się oddalacie. Grawitacja życia ciągle walczy z jego siłą odśrodkową. Stajesz się skałą krążącą po orbicie. Ciągle coś w ciebie uderza, a Ty z nadzieją, że za moment znowu będziesz blisko i może w końcu to chwycisz. Jakże ubarwia to życie, dodaje tej niesamowitej ekscytacji, bo wiesz, że za moment znowu o coś wartościowego zawalczysz. I mimo, że wiesz, że ta walka i tak daremna będzie, to walczysz, bo lubisz mieć cel.

Dawno tak nie miałem.

Chociaż wokoło tak wiele wspaniałych chwil, uśmiechów, radości małych i wielkich, to nie cieszą one na dłużej niż ich samych trwanie. Z drugiej strony nie martwią już małe niepowodzenia, nie martwią już też te większe. Czy coś w ogóle jeszcze mnie martwi? Nie. W standardowej sytuacji to powodem takiego, a nie innego patrzenia na otoczenie powinna być nadmierna pewność siebie i przeświadczenie o zajebistości. Tu jednak jest totalne zobojętnienie z tytułu bezsilności. Tak jest. Kiedy przyzwyczaisz siebie i innych do bycia herosem, któremu nie straszny żaden problem, to prędzej czy później sam w tą brednię uwierzysz – zapomnisz o tym, o czym zawsze pamiętałeś – jesteś marnym źdźbłem trawy na wyschniętej ludzi sawannie. Jeden z wielu, jeden z milionów, ten sam, codzienny, zuniformizowany.
Bum.
Leżysz. 

- Wstowej, niy możesz tela leżeć. Nie świruj pawiana. Dosyć już alienacji, jedziemy na grilla.
- Daj spokój. Kładź się obok… czaj ten sufit…
- Kurwa. Sufitów mam dosyć. 
- Nie pierdol. Kładź się.
- No i? – położył się obok na plecach wbijając wzrok w biały od farby sufit.
- Co widzisz?
-Chujowo pomalowany sufit. 
- Kurwa… Jest biały tak?
- Tak.
- Jak zamkniesz oczy to widzisz czerń. Bezkresną czerń. Czyli tak faktycznie nie widzisz nic – bo tak nas nauczyli, że jeżeli jest ciemno to nie widać nic. Czyli niczego wtedy nie ma. Czerń to koniec. Jeżeli się skupisz na tym białym suficie, zobaczysz bezkresną biel. Tylko biel. Będzie wszystko białe. Jeżeli cos jest białe – tak nas uczyli, to jest dobre i czyste, daje początek. Ale skoro i w jednym i w drugim przypadku nie widać NIC tylko coś czemu nadaliśmy umowne nazwy, to jak jest naprawdę między tym różnica? Skoro bezkresna biel jest niczym i de facto bezkresna czerń jest też niczym to gdzie my w tym wszystkim jesteśmy? Skoro koniec jest nieogarniętą przestrzenią i początek też, to tak naprawdę ani jedno ani drugie nie istnieje. Nie ma nic, poza chwilą, w której spoglądamy w ten biały sufit albo zamykamy oczy, myśląc, że nie widzimy wtedy nic, a być może dopiero wtedy można dostrzec całą prawdę, ale od małego uczyli nas, że jak się zamknie oczy to nic nie widać i w to wierzymy do dziś.
- Ja pierdole… jarałeś?

To taka chwila kiedy chciałbyś się podnieść i wymaszerować naprzeciw całemu światu ale wiesz, że leżąc w bezruchu twoje działanie przyniesie ten sam rezultat. Czy przymkniesz oczy, czy zatańczysz w kretyńskim szale niby radości, spowodujesz ruch powietrza wokół siebie, w mniejszym bądź większym promieniu i tyle. Nie dasz rady wzniecić huraganu, który przeniesie góry. Nie poruszysz nawet przelatującej obok ćmy. Czy wpatrujesz się w czarne, czy w białe – nie widzisz nic. Jesteś i to jest cały Twój byt. Wszystko staje się niczym, a to nic, które posiadasz jest dla Ciebie wszystkim. Każdy z nas ma swoje czarne i białe…

sobota, 31 maja 2014

Samo zło.


O co chodzi w tym całym byciu, zapytasz. Chuj wie. Odpowiedzi może być wiele, jak wielu ludzi, którzy będą odpowiadać. Interpretacji tyle ile pytających. Liczbą jest silnia z bezsilności  - nic. W plecy wiatr to mit, a jak się już komuś przytrafi to przez pomyłkę. Nie myślcie o mnie źle, ale czy kiedyś szczęście było w waszym życiu wypadkową innych szczęść? Nie. Zawsze żeby coś mieć, z czegoś innego trzeba zrezygnować. Żeby jedno dostać, drugie trzeba oddać. Rodzi się coś, coś umiera. Jedna z wielu nieśmiertelnych prawd, które w końcu trzeba w swoim życiu przyjąć. I nie było by w tym nic trudnego, gdyby w społeczeństwie nie było tak wielu malkontentów, którzy namiętnie podbijają ton tej nęcącej dramaturgii. Tak! Jestem być może teraz jednym z nich, ale nie chodzi o to, żeby podbijać ten fakt, ale żeby w końcu przyjąć go jako coś naturalnego. Bo to jest naturalne. Zdrowo myśleć, dobrze jeść. Nie bać się jutra i iść przed siebie. Pod prąd, pod wiatr, który piach w oczy rzuca. Rżnąć nieudane, piękne doceniać, upadłe podnosić przy okazji by mieć znowu więcej. Szczęście przyjmować i oddawać dwa, żeby mieć mniej i szukać kolejnego. Darować, przebaczać i nosić w sobie nowy gniew by poznawać lekkość ducha po życiowej burzy, kiedy znów można usiąść obok i powiedzieć „nalej”- Jezus też polewał wino.  Mieć swoją prawdę trzeba ale też i ją przekazywać innym, aby nie być zdziwionym, że nie widzą ciebie w twoim świecie. Otwartym być, nie psioczyć pod nosem. Dawać i brać, kiedy dają. Działać, nie czekać, nie siedzieć, nie zamykać. I możesz czytać biblie całego świata do końca swoich dni, albo przewinąć ten tekst do początku i zacząć jeszcze raz.

czwartek, 29 maja 2014

PełZając



Po kamiennych ścieżkach przy rzece rozpusty
Potykam się o drewniane ramiona odpustów
Spoglądam w wir życia
Rozglądam wokoło
Wskakuje do środka

Na twarzy z okładem gównianego błota
Udaję że dobrze tak
Że lepsze jutro
Że piękna sobota

Nad brzegiem strumienia
Falą błyszczącego
Tu pstrąg chlupnie
Tam motyl
Czasem fota

Twarz moja znów twardsza
Nie życiem
A z błota.