Z trudem otwarłem oczy. Słońce raziło jak skurwysyn. Nie bardzo wiedziałem na czym skupić wzrok. Spojrzałem na drugą stronę alejki. Trawnik, drzewo, stara baba i pies srający – lat może tyle samo co ona, nie szło mu łatwo.
- Chodź Piksi! No
chodźże!
Nie drzyj babo, przecież to zwierze, ono nie
rozumie. Nigdy tego nie ogarnę, jak można mówić do nich jak do ludzi?
-
Oj, Piksi, ile razy pani ci mówiła, że nie wolno robić kupy na trawniku w
parku. Nie dobry!
I poszła. I nie pozbierała gówna po swoim Piksi
stara kurwa. Teraz byle dzieciak na spacerze z mamą wejdzie w to nogą i po
zabawie. Nie dość, że się rozniesie to jeszcze lament małego – Bo wdepnąłem do kupy – a i matka pół
dnia będzie miała co robić zeskrobują gówno z podeszwy, nowo kupionych najek,
za ciężko zapierdolone godziny na taśmie przy kasie w Tesco.
Przymknąłem oczy, bo łomot w mojej głowie zdawał
się za każdym razem napieprzać z siłą stu tysięcy bomb.
Gdzie do cholery ja jestem? Co to za miejsce? Co
to za park? Chociaż, nie powiem, ławka nawet wygodna.
Usiadłem – i nic już nie wyglądało tak samo.
Wyjąłem z kieszeni telefon, żeby sprawdzić godzinę. Była dziewiąta
siedemnaście.
Nazywam się Bartosz Mariusz - Ten, który nie puszcza pawiów, i udaje, że
twardo stąpa po ziemi.
Te stare kurwy. Też ich Nie Znosze. Jak Procesji. W boże ciało.
OdpowiedzUsuń