piątek, 6 stycznia 2012

W dupie chuj - Potop


Moje uwenienie runęło jak karciane World Trade Center kiedy wzniosłem się na próg życia emocjonalnego krawężnika. I nie, nie copatrzyłem siedząc na koniu! Dramat wewnątrz wielki. W chwili kiedy rozpalałem mój poglądowo emocjonalny martenowski piec, z komina ujściem w chmurze absurdu, kiedy wylewać już w formy miałem myśli przetopione –buch! Zimny deszcz krawężnikowych emocji. I po formie. Stwardniało wszystko i się skruszyło. Ha! Cóż za piękny koniec wszechweny!
Rozdmuchać na nowo trzeba węgle, ogrzać i zagazować!

Tak rzadko zastanawia się człowiek nad różnicą między porankiem oznajmianym telefonowo-budzikowym dżinglem, a wieczorem pełnym przemyśleń – o ile takie się pojawiają zanim padniesz na ryj w poduchy i noc. Niesamowite jest jak głęboko ostatnimi czasy wpadłem w bez-czucia rytm i potraciłem gdzieś po kątach świadomość swojego działania. Korporacyjny gniot ogarnął mnie całego i wpadłem w tabele wykresy, procedury i instrukcje. Instrukcja otwarcia, instrukcja zamknięcia instrukcja jedzenia i pierdnięcia. Na wszystko są przewidziane normy, a jak myślisz inaczej to się strzeż! Cofnij się, usiądź, uznaj, a potem wróć i wykresuj dalej. 

Najważniejsze w tym wszystkim odróżnić życie od profesji. Odróżnić codzienność od dnia dzisiejszego, godziny od godzin, tam od tu. I nie popaść w niełaskę nieokiełznanego  przypadku. Stać prosto trzeba z podniesioną głową i mieć na uwadze, że duma nieraz najlepiej czuje się w kieszeni, a i z kieszeni nikt nam jej nie wyciągnie – nikt nas jej nie pozbawi.

A rano znowu możesz wyrzygać się, ogolić, zaciągnąć krawat i ruszać w przestworza kariery nie do ogarnięcia, ścieżką nie do przebycia. W romantyczno korporacyjnym boju tracąc ostatki sił, oddając resztki dobrej woli.

I wyciągać rękę trzeba do tego, kto podaje swoją, nie walić od razu z buta. Słuchać jak mówią, a jak nie słuchają to nie mówić.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz