niedziela, 11 grudnia 2016

Cytaty Tacyta

Jakby lepiej, jednak ciągle nie wiem o co chodzi. Niby układają się litery, składają się zdania. Ciągle to nie to. Ponoć zranieni, źli, wkurwieni na świat - tworzą najlepiej. Dopada mnie obojętność, której nie wiem jak się wyzbyć. Coś jest w środku ale tak głęboko, upadło tak nisko, że przypomina szum w uszach po rockowym koncercie. Coś szumi, dudni, czasem boli, ale za cholerę nie wiesz co to jest, gdzie to jest. Kładziesz się spać, a ta wibra gdzieś tam w środku nie odpuszcza. Dźwięków kac, długa pauza - niewiadoma. 

Jest coś takiego w tym naszym życiu, że doskonale wiem co dla nas dobre, co złe. Doskonale wiemy, w którą stronę iść, a jakich dróg unikać. Gdzieś tam wewnątrz to wszystko jest już nam znajome, a mimo to natura durnia człowieka ciągle pcha nas tam gdzie nie powinno nas być, czego nie powinniśmy wcale robić. Coś co karze nam spotykać ludzi, którzy nie są naszymi ludźmi. Ale to robimy… żeby zdobyć doświadczenie, ukształtować światopogląd, bo musimy dostać w dupę, żeby w końcu wskoczyć na tę prawidłową ścieżkę, tę samą, którą jeszcze przed momentem uznaliśmy za całkowicie złą. I ta cholerna duma, która nie pozwala nam przyznać się do błędu - bo przecież jesteśmy najlepsi i nieskazitelni. Gówno. 

Wstaję z mojego kawałka dywanu. Otwieram balkon, zapalam fajkę. Wino przepływa przeze mnie niczym morze śródziemne. 

Wszystko to tylko wymówki. Wymówki po to, żeby nie ranić siebie odrzuceniem, nie ranić siebie złym spojrzeniem drugiego człowieka, wymówki żeby nie dać zachwiać swojej pozycji, którą mamy wrażenie, że przez lata wypracowywaliśmy, a która jest jedynie sumą ściem tych, którzy liżą nam dupę, bo są słabi. Ci prawdziwi wokół nas zawsze powiedzą to co jest prawdą. To te trzy osoby spośród tysiąca ‚przyjaciół’ lajkujących moje foty na FB. Ci, którzy potrafią powiedzieć ‚nie rób z siebie szmaty’. Dziękuję. 

Kolejny mach, zaciągam się, robi się zimno. Kto normalny stoi w majtkach na balkonie przy 2 stopniach w środku nocy. 

Wypuszczam powoli ostatni ten dym. Nie więcej, nigdy więcej. Nigdy więcej ściem, względem samego siebie - o sobie samym, bo te najbardziej ranią najbliższych. Koniec kłamstw. Jestem taki jaki jestem. Albo to bierzesz i idziesz dalej ze mną, albo odrzucasz na zawsze. Wybieraj. 


Oto ja. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Na sen

Jakby ostatkami sił łapię się kolejnych sznurków i podciągam ku górze. Blade światło reflektora, którego kiedyś tak bardzo chciałem, rzucone na scenę, dzisiaj zdaje się parzyć. Próbuję uciec. Im wyżej się podciągam tym bardziej oślepia i znowu spadam w dół. Parzy. Dłonie pocięte od sznura, wzrok coraz gorzej znosi blask lampy. Po omacku dosięgam lin i podciągam się - ten ostatni raz. 

W końcu się udało. Nie widzę już nic. Wyciągam rękę i po omacku szukam tego co jeszcze wyżej. 

Sufit. Tafla betonu. Koniec. 

Nerwowo szukam włazu, drzwi, klapy. Nie ma nic. Tylko beton. 

Koniec. 

Puszczam liny i spadam w dół.


Jest ciepło. Miękko. Już nic nie parzy. 

czwartek, 20 października 2016

Dzięki za wszystko

-  Lekki? Co Ty tam znowu montujesz? Nie potrafisz na dupie usiedzieć… ja pierdole 
-  Jeszcze tylko kilka spawów i będzie gotowe…


Miało być o budowaniu potężnej kewlarowej kopuły, nowego domu, pięknego zimnego schronienia.    Ale to chyba nie ma sensu. Prędzej czy później czas - ten czy inny - i tę kopułę zrówna z ziemią. Czy wtedy znajdą w niej mnie czy moje zwłoki - co za różnica, po tak długim czasie będę blady i sflaczały. Właściwie nie da się odróżnić już wtedy żywego od trupa, no bo jak siedzi się w jednym miejscu to, jakby nie było, umiera się powoli - czy to z zewnątrz czy w środku.

Możesz tak siedzieć i modlić się o kolejnego anioła, albo wstać i iść. Poznać świat ten, którego jeszcze nie znasz, ludzi i stać się znowu tym aniołem, którym byłeś kiedyś. Możesz…

Przeprosiłem dzisiaj za to jaki byłem kilka chwil temu, człowieka, a w zamian otrzymałem wzgardę i nieco śmiechu. Mała śmiechu garść, ale przybiła jak stutonowy głaz. I ten głaz rozbił się na miliony części na żwir i piach, i przeniknął we mnie jak woda w ziemię. Teraz ten głaz jest częścią mnie. Fakt, już mnie nie ma takiego jak kiedyś. Jestem twardszy - o ten głaz, silniejszy - o ten głaz, bardziej zimny niż przed tem - bo ten głaz mi ciepło zabiera. I jestem teraz takim głazem na nogach, tytanem miłości zaklętej w kamień. W żyłach płynie mi krew, a może to lawa, która za każdym razem kiedy wydostanie się na zewnątrz zamienia się w twardą skorupę i broni dostępu do tego, co najcenniejsze - bijącego ciągle gdzieś na dnie serca. 

Spoglądam dzisiaj z wyjątkowym spokojem wstecz, do tyłu o rok, do tyłu o dziesięć. Znajduję całą górę podobieństw, linii łączących fakty, miejsca i zdarzenia. Jak w tych dziecięcych kolorowankach, gdzie jedno trzeba połączyć z drugim. Jednym się udaje, innym nie. Ja ciągle myślę, że przecież każde z każdym połączyć można - trzeba tylko chcieć i soczyście pierdolić to, że te nitki się ciągle plączą.

RIOJA - to moje ulubione wino hiszpańskie. I czeskie określenie na wytrawne - suché. Gdzieś te czeskie korzenie ciągle we mnie tkwią. 

No ale nie o tym…

Tak, motyw czterech białych ścian przewija się jak znak krzyża przy modlitwie Moherowego Towarzystwa Przyjaciół Krzyża i będzie się przewijał - są wokoło. Zatem siedzę tu w tych czterech białych ścianach i zastanawiam się dlaczego nie uczę się na błędach. Dlaczego ciągle we mnie tyle wiary w to, że mogę odzyskać, wrócić, mieć na nowo?

Kamień. Te miliony drobinek kamienia, który przed momentem rozbił się o mnie przepływają z krwią do mózgu. Opadają ręce, nie można swobodnie trafiać w litery na klawiaturze. Uda, łydki i stopy zdają się być coraz bardziej odrętwiałe. Szczęka przyjmuje właśnie tysiące mikro mrówek na pokład, a oczy powoli łapią ostrość jak stary obiektyw bronica sterowany ręką, tą co to opadła przed momentem. 

I co? I nic. Wstaję powoli. Mimo, iż wydawało mi się już od kilku tygodni, że stoję. Łapię się oparcia sofy, krzesła, stołu i ściany. Sinead śpiewa, że nothing compares to mnie i jestem w stanie uwierzyć. 

Dlaczego? Chyba zdałem sobie sprawę, że w całym tym egoizmie, który noszę w sobie, ciągle szukam w tym życiu kogoś, kto będzie moim lustrzanym odbiciem. Przecież nie o to chodzi… 

Tak, jestem złym człowiekiem. Gdybym był dobry cały czas byli by przy mnie ci ludzie co pięć, a może sześć lat temu. Gdzie oni są? 

Łatwo było być gwiazdą, kiedy wokoło były dziesiątki, setki ludzi gotowych klaskać na dźwięk porannego pierdnięcia. Bo tak było. Nigdy nie chciałem przestać być „dzieciakiem”. To samo przestało obowiązywać, dużo wcześniej niż zauważyłem. 

Dlatego wstaję z tej pieprzonej podłogi przy przyniskim stoliczku. Łapię się wszystkiego wokoło, naciskam klamkę i wychodzę. Gdzie? Nie wiem… Linda Perry śpiewa, że wychodzi na zewnątrz i pyta ten zasrany świat „O co tu chodzi?”… uwielbiam tę piosenkę i śpiewam ją sobie w każde urodziny od 25 roku życia… What’s going on? 

Zapalają się kolejne lampy na klatce schodowej… otwieram drzwi - ostatnie, które mi zostały, wychodzę. Trochę pada… idę. 

Rioja? Kamienie? Nie łatwo. Idę. 
Leje jak skurwysyn.


-  Ej! Lekki! - Lekki!!! 
Idę… ręka w górze…


- Dzięki! - za wszystko…

piątek, 16 września 2016

Chwała Cichym

Pełno wokoło kolorowych piór, sztucznie barwionych papug. Na każdym rogu parasolka, i neony rozmywające się z braku wieczornej ostrości. Krzyki, brawa, owacje dla próżnych tłumów i łzy krokodyle po odejściu papugi. Nagłówki rzewne po kolorowych pajacach, kreacje żałobne wokół czerwonych od dywanów mogił.

Taki nasz świat… pełen kreacji, pełen społecznego zeza. Rozbieżności pomiędzy tym kim jesteśmy na prawdę, a tym jak żyjemy.

W tę noc przystaję na moment. Rozglądam się wokoło i jak nigdy, nikogo nie ma. 

W tę noc kolejny cichy bohater znalazł swoją drogę do domu. Bez nagłówków, dywanów, kolorowych świateł.

Dziękujemy.

Chwała.


„Bo to jest wieszcza najjaśniejsza chwała,
Że w posąg mieni nawet pożegnanie.
Ta kartka wieki tu będzie płakała
I łez jej stanie.”


/J.Słowacki/

czwartek, 18 sierpnia 2016

Dziękuję



Zdjąłem buty. Potem skarpetki. Skarpetki wsadziłem do butów, odłożyłem je na betonowe nabrzeże, a sam stanąłem na trawie. Boso. Jak dawniej. Jak wtedy kiedy nieświadomy niczego jako mały chłopiec chodziłem boso leśną ścieżką od domku dziadków, po kamieniach, zaciskając zęby z bólu, aż do rzeki. Tam rosła miękka trawa. I do dzisiaj rośnie. Właśnie na niej stoję. 

Wziąłem głęboki oddech i powoli zgramoliłem się na dół do wejścia na wodospad. Pierwszy krok do wody. Nie było ślisko, woda taka jak zawsze. Moja woda. Kolejny krok i coraz pewniej w głąb wodospadu. Poznaliśmy się. Nie trzeba było przypominać sobie kto jest kim. Jestem u siebie, to moja rzeka. 

To już 31 lat od kiedy się poznaliśmy. Nie muszę się jej bać, a ona nie boi się mnie. Znamy się na wskroś. Nawet, tak jak teraz, kiedy nie widzimy się bardzo długo, to wiem, że jest, i na mnie tu czeka. Ona zaś wie, że prędzej czy później wrócę do niej, żeby dotknąć, poczuć, odpocząć.

Zanurzam w wodzie dłonie, nabieram wody, i obmywam twarz i włosy. Nie chcę otwierać oczu... 

Odwracam się w stronę zachodzącego słońca. 

- Kurwa, żeby w końcu był ten zielony... 

Przyglądam się uważnie jak gubi się to słońce gdzieś za górą. Znowu nie zobaczę tego, na co tak długo czekam. 

- Lekki! Leeeeeekkki!! 

Jest mi tak dobrze, że udaje, że nie słyszę. W końcu szum wody jest na tyle głośny, że mogę nie słyszeć. Przechodzę powoli na drugi brzeg. Siadam na betonie i łapię na twarz ostatnie słoneczne promienie. W końcu całkowicie słońce kryje się za górami. Czas wracać... 

Przechodzę powoli po wodospadzie. Nie boję się, bo jest mój. Po prostu chce zostać z nim jak najdłużej. Jak najdłużej chcę żeby moja rzeka przepływała mi przez palce stóp.
Wracam na brzeg. Siadam na moment i spoglądam na białą pianę wodospadu. 

Biorę buty do ręki i ruszam przez trawę w stronę kamiennego lasu. Boso. Jak kiedyś. W stronę domu. 

Dziękuję Ci rzeko, dziękuję Tobie wodo. Dziękuję Wam trawy łagodne i dziękuję Wam kamienie, i gałęzie rzucane pod stopy. Drzewa, lasy, co znam Was od zawsze. Dziękuję Wam węże i pstrągi sprytne w wodzie. Od zawsze mnie tworzyliście.
Dobranoc...

niedziela, 14 sierpnia 2016

Zamknięte. Do odwołania.



Łydki od biegu nabrzmiałe jak nigdy. Prysznic po bieganiu też dzisiaj smakował jakoś inaczej. Wszystko dzisiaj patrzy na mnie, jakby nie wierzyło, że jestem. Krzesło, na którym siadam, dziwnie odsunięte od stołu, jakby nie było gotowe na to, ze ktoś na nie jeszcze siądzie.  Stół też się nie chwieje jak zawsze. Lampa nade mną zamigotała i zgasła – wyświeciła swoje pięćdziesiąt tysięcy godzin. 

Kładę się na macie na podłodze, na tej która kojarzy mi się tylko z potem i bólem brzucha od ćwiczeń. Leżę i patrzę w sufit. W głośnikach Gitbit Papilot z remixem Piersi ćwierć Heya. O bezdomności. Znów bezdomny. 

Do niedawna wierzyłem, że jest zawsze tak jak sami chcemy żeby było. No i przez moment tak było. Było tak jak chciałem od lat, żeby było. Stało się. Eksplozja z końca zeszłego roku poniosła mnie dalej niż myślałem. Potężna energia, która przez lata gdzieś tam we mnie tkwiła w końcu znalazła ujście. Rzuciłem wszystko, bo poczułem, że w końcu mogę być i żyć tak, jak tego zawsze chciałem.

Patrzę w ten sufit.

W głośniku Loco Star i Boję się.

I faktycznie pierwszy raz w życiu się boję. Boję się powrotu do tego co było. Boję się tych dni sprzed ponad roku. Boję się tej świadomości, że znowu tylko cztery ściany. Boję się, że wróci wszystko to co było. Boję się, że będę musiał sam wobec siebie wywiązać się z obietnicy danej sobie w styczniu. Boję się tej całej pierdolonej tragedii.

Z drugiej strony przepełnia mnie obojętność. Tak potężna, że przeciąga mnie na drugą stronę tego wszystkiego. Zaczynam widzieć skurwysyństwo w lustrzanym odbiciu. Zaczynam nie czuć bólu palca podcinanego kątówką, a moja blizna po wytrzewieniu staje się moim najlepszym przyjacielem. Chociaż nie będzie już Bijuu mode, to wiem, że wewnątrz mnie rośnie coś złego.  Tego też się boję. 

Postanowiłem dzisiaj już nic więcej nie budować. Nie poświęcać się niczemu. 

[Bueno Bros w mixie Chińskiego Urzędnika]

Nie układać, nie planować. Nawet tej podłogi już nie chcę, nie chcę tych czterech ścian. Dawniej myślałem, że to właśnie jest poczucie bezpieczeństwa, że to właśnie jest to, co pozwoli mi być wolnym człowiekiem. Nic bardziej mylnego. Nie ma wolności w czterech ścianach. Nie ma wolności na niby drewnianej podłodze. Nie ma wolności na sofie za półtorej wypłaty i nie ma wolności na leżaku na balkonie otoczonym kratą. Nie ma wolności w żadnej rzeczy, którą posiadasz, jeżeli tej wolności nie masz w sobie. Możesz starać się jak chcesz, ale jeżeli nie czujesz jej w środku, to jej nie ma. 

Przez moment ją czułem. Przez kilka chwil, przez które chciałem wykrzyczeć całemu światu jak niesamowite jest życie.  Ale nie mogłem.

[Florence – How big, how blue, how beatiful]

Chociaż nie mogłem się tym dzielić to świadomość posiadania tej wolności wewnątrz mnie sprawiała, że byłem gotów na wszystko.  Podziękowałem tym, którzy od zawsze byli dla mnie toksyną, otwarłem umysł na to, na co zawsze chciałem go otworzyć. Odrzuciłem korpo kaganiec, po to, żeby tworzyć coś co zawsze chciałem, a czego nie byłem w stanie robić sam, bo pierwszy raz w życiu poczułem, że ktoś stoi za mną i szepcze mi do ucha „napierdalaj”. 

- Ty, Lekki…
- Spierdalaj. Nie ma mnie.
- O kurwa… ok.

Świerszcze za oknem napierdalają techno ballady, a ja na ziemi, na macie, z kieliszkiem wina w ręce. W głośniku Nie więcej by Pablo Krawczyk [genialne].

Zapach kadzidła na komary wbija się bezlitośnie do salonu. Dźwignął bym się, żeby to zagasić, ale po co? Co to zmieni? Nic. Smród w pokoju i tak pozostanie aż do rana. Dzisiaj nie dam się zjeść. Jutro też nie. 

Tak zajebiście naiwny byłem, że nie pozwoliłem sobie zapalić tego dziadostwa wcześniej. Gryzły mnie te skurwysyny bezlitośnie, a ja udawałem, że tak ma być. 

[schodzi kolejna lampka wina, świerszcze wciąż grają]

Nie buduję już murów. Mosty? Nigdy ich nie paliłem. To chyba był największy błąd mojego życia. Tak jak pali się zeszyty po zakończonym roku szkolnym, jak marzannę po zimie, tak i mosty powinny być palone, dynamitem wysadzane. Hej skurwysyny! Wracam… W najgorszej mojej odsłonie od lat.

- Gówno prawda Lekki, jesteś zbyt miękki w środku, żeby nazywać siebie skurwysynem. Za moment wpadniesz w to samo gówno, a kto wie, może i z tego nie uda ci się wyjść. Pierdolisz trzy po trzy, a będzie ciągle to samo.

- Dzięki za wsparcie. Ale szczerość doceniam.  

Leżę. Wobec oszustwa jestem. Przyjmuję kłamstwa moje, twoje i myślę, że tak powinno być. Nie. 

Sięgam ręką do sfitu. Daleko tam.

Rozkładam ramiona i zamykam ten sklep. Sklep uśmiechów, przytakiwań, sklep przymykania oczu na ściemy i oszustwa.  Zamykam, zaciągam rolety suchych dni. Zamykam na maślane oczy i stany niewiedzy.

ZAMKNIĘTE. DO ODWOŁANIA.

sobota, 23 lipca 2016

Księga dżungli

Położyłem się na betonie i słuchałem szumu rzeki. Wpatrywałem się w niesamowicie czarne niebo rozświetlone milionami gwiazd, i uświadomiłem sobie, że nic o mnie nie wiecie. Pozdrawiam. Lekki. 

sobota, 16 lipca 2016

Deszcz na betonie



Dzisiaj mówię sobie pass. Dzisiaj już nie potrafię nic czuć, poza potężną złością i totalnym wkurwieniem. Mam dosyć patrzenia, mam dosyć łudzenia się wszystkim tym czym się karmię od wielu lat. Mam dosyć kłamstw i obłudy, robienia siebie samego w ciula żyjąc w kraju, w którym żyję. Cały czas wierzyłem, że mogę, że potrafię, że tu się coś da zrobić więcej. Dalej wierzę… ale już nie daję rady dźwigać wszystkiego sam ze sobą.  Człowiek nie jest stworzony do tego żeby żyć sam dla siebie. Tak się po prostu nie da. Można udawać i próbować, ale po jakimś czasie wszystko trafia szlag i choćbyś nie wiem jak był wspaniałym przez lata, i robił nie wiadomo co, to i tak na koniec zostajesz ze wszystkim sam. 

Przez lata byłem „bj wszechmogący”. Ten co to wszystkich zna, wszędzie jest, wszędzie działa i potrafi wszystko. Od kładzenia kafelek, po relacje z kobietami – pytaliście mnie o wszystko, wszystko o czym nie miałem pojęcia i cokolwiek doradziłem, to było dobrze. Nie wiem skąd i czemu tak. Naprawiałem samochody, budowałem domy, pracowałem od rana do wieczora w korpo gównie, w weekendy grałem koncerty, potem robiłem muzykę, z każdym miałem czas się napić wódki. Kiedy było trzeba zabawić towarzystwo to BJ, kiedy było trzeba złagodzić sytuację w  rodzinie – BJ, kiedy chciało się jeść to BJ gotował, jak chciało się pić to BJ przynosił flaszkę. 

Jak strzelam fajerwerki to jestem fajny, jak siadam na kanapie, bo nie mam sił i proszę o to, żeby ktoś ze mną był to już nie. Siedzę zawsze sam. Nienawidzę użalania się nad sobą. Ale też nie znam ludzi, którzy tego nie robią. Mi też się zdarza – właśnie teraz. 

NIE MAM JUŻ SIŁY. 

Nie mam już siły na nic. Te wszystkie sufity, które miałem pod sobą, właśnie walą mi się prosto na łeb.
Rozbieram się do naga, wychodzę na deszcz. Wbijam w trawnik białą flagę.