Pasy na przemian białe i czarne. Dokąd? Nie wiem. Nigdy nie
uczyli. Nikt nie mówił gdzie ta droga wiedzie. Kazali iść. To szedłem. Raz lewa,
raz prawa noga. Można czasem zagrać w deptanie tylko białych, albo tylko
czarnych. Tak dla odrobiny fanu z tego, że po prostu się idzie. Samo iście
przecież nie może sprawiać większej radości, ale jeżeli zaczniesz nadeptywać jeden
z kolorów to już zawsze lepiej, raźniej i weselej.
Lekki ma jedną nogę krótszą. Nikt o tym normalnie nie wie,
bo nie jest to widoczne. Półtorej centymetra różnicy nie jest aż tak bardzo
dostrzegalne. Ale kiedy grasz w „pasy”, w pewnym momencie musisz jeden
przeskoczyć, albo zmienić kolor, bo stopa przestaje mieścić się na kolorze. Dziwne?
Śmieszne? Jak dla kogo. Nie mniej tak jak z tymi pasami, tak i w całym sowim
życiu Lekki co jakiś czas musi zmienić kolor – przeskoczyć z białego na czarne,
albo na odwrót. Dlaczego? Bo istnieje jedna niezaprzeczalna zależność we wszechświecie,
że jedno działanie powoduje kolejne, a te z kolei następne. Każdy nasz ruch i
skinienie buduje cały wszechświat od nowa. Każda nasza decyzja powoduje skutek
w życiu nie tylko naszym, ale każdego innego stworzenia na tej planecie. Dlatego
też od czasu do czasu trzeba zmienić czarne na białe, aby zachować równowagę
istnienia.
I chociaż dalej nie widzę końca tych pasów, to idę. Zmieniam
kolory co jakiś czas. Czasem przydepnę dwa na raz – wtedy zaczynam od nowa. I chociaż
ścieżka ta wydaje się być monotonna, wręcz niezdrowa – idę. Co innego
pozostało? Chociaż asfalt czasem się skruszy, choć pasy momentami niewyraźne,
drogi tej nie zmieniam. Być może dla tego, że sam ją wybrałem, może dla tego,
że tak kazali iść, może dla tego, że tylko tak iść nauczyli. Dali mi tą biel,
na przemian też i czerń, a od nich już tylko garb.