sobota, 10 października 2015

Moja zebra



Pasy na przemian białe i czarne. Dokąd? Nie wiem. Nigdy nie uczyli. Nikt nie mówił gdzie ta droga wiedzie. Kazali iść. To szedłem. Raz lewa, raz prawa noga. Można czasem zagrać w deptanie tylko białych, albo tylko czarnych. Tak dla odrobiny fanu z tego, że po prostu się idzie. Samo iście przecież nie może sprawiać większej radości, ale jeżeli zaczniesz nadeptywać jeden z kolorów to już zawsze lepiej, raźniej i weselej.  

Lekki ma jedną nogę krótszą. Nikt o tym normalnie nie wie, bo nie jest to widoczne. Półtorej centymetra różnicy nie jest aż tak bardzo dostrzegalne. Ale kiedy grasz w „pasy”, w pewnym momencie musisz jeden przeskoczyć, albo zmienić kolor, bo stopa przestaje mieścić się na kolorze. Dziwne? Śmieszne? Jak dla kogo. Nie mniej tak jak z tymi pasami, tak i w całym sowim życiu Lekki co jakiś czas musi zmienić kolor – przeskoczyć z białego na czarne, albo na odwrót. Dlaczego? Bo istnieje jedna niezaprzeczalna zależność we wszechświecie, że jedno działanie powoduje kolejne, a te z kolei następne. Każdy nasz ruch i skinienie buduje cały wszechświat od nowa. Każda nasza decyzja powoduje skutek w życiu nie tylko naszym, ale każdego innego stworzenia na tej planecie. Dlatego też od czasu do czasu trzeba zmienić czarne na białe, aby zachować równowagę istnienia. 

I chociaż dalej nie widzę końca tych pasów, to idę. Zmieniam kolory co jakiś czas. Czasem przydepnę dwa na raz – wtedy zaczynam od nowa. I chociaż ścieżka ta wydaje się być monotonna, wręcz niezdrowa – idę. Co innego pozostało? Chociaż asfalt czasem się skruszy, choć pasy momentami niewyraźne, drogi tej nie zmieniam. Być może dla tego, że sam ją wybrałem, może dla tego, że tak kazali iść, może dla tego, że tylko tak iść nauczyli. Dali mi tą biel, na przemian też i czerń, a od nich już tylko garb.

Dywan



Dom. Może tylko mieszkanie. 

Wyleżany dywan wydaje się być dzisiaj nieco twardszy niż przedtem. Może przez to, że dziś jest bardziej wyleżany niż wczoraj? Białe ściany i sufit. Przymrużając oczy sprawiam, że topią się kontury. Zanurzam się w bezkresie bieli, wchodzę do kuli, potężnej białej mieszkanionicości. I nie ma nic. Tylko ja, biel, ściany i sufit, i skrawek wyleżanego dywanu i w uszach szum od bezkresnej ciszy, i łomot przepływającej krwi.

Zamykam oczy i wychodzę z tego świata. Gdzie? Tam gdzie jest mi lepiej. Do chwil, wydarzeń, spojrzeń i słów, które dały tyle radości. Do tych najprostszych rzeczy, które zawsze budzą emocje, te najprawdziwsze. Było ich kilka. Wyobrażam sobie miejsca, te pełne momentów uniesień i wzruszeń. Słowa, te niewypowiedziane, a przecież takie prawdziwe, bez których nie da się żyć. Widzę to wszystko. Wszystko to czuję. Zaczynam słyszeć coraz wolniej przemijający czas, a tykanie zegara przeradza się w nieznośny łomot. Raz po raz, uderzenie za uderzeniem i ta wewnętrzna fala euforii mieszana z żalem zmarnowanych szans, i strachem przed straconym jutrem. 

Leżę. Dywan już dawno zamienił się w podeschłą od słońca trawę. Kolejne źdźbła drażnią mi łydki. Słońce opala mi twarz. Jest cieplej. W końcu cieplej. Cisza, spokój i znowu ja.  To niesamowite ciepło rozlewa się po całym człowieku. Ogarnia ciało i nie pozwala odejść. W nieznane zakątki odlatują wszystkie ciężkie myśli. Zostajesz sam ze sobą. Jest pięknie.

Zegar. Huk wskazówek, niczym uderzenia młotem w stalową rurę. Słońce gaśnie, a trawa zamienia się w beton zimny i twardy od tego co złe. Znowu wracasz do tego co droczy wnętrze i wyjada mózg. Leżysz w bezruchu i nie możesz zrobić nic. Dobrze wiesz, ze trzeba się wyrwać z tego świata ale na twoje wezwanie nie odpowiada żaden, nawet najmniejszy, mięsień. Leżysz. Paraliż ogarnia cię od stóp, po głowę. Tykanie zegara rozbija ci mózg, sprawia ból taki, że łzy zaczynają spływać po policzkach. Pierwsze od lat. Od wielu lat. To niesamowite jak zły jest ten drugi świat, jak ciężkie są jego kajdany. Nie możesz zrobić już nic. Huk zegara zaczyna nieznośnie przyspieszać, czas przemienia się w wir. Dogania, ogarnia, niszczy.

Otwieram oczy. Wracam. Znowu te ściany białe od niczego, sufit i dywan, i ja, i nikt. Ile jeszcze?

czwartek, 1 października 2015

Lekki wróć



Dziewięć miesięcy. Tyle ile trwa ciąża ludzkiej kobiety. Ludzkiej - ciekawe stwierdzenie. Dziewięć miesięcy to dokładnie tyle, ile mija od ostatniego razu, kiedy widziałem Lekkiego. Gdzie on jest? Co się z nim dzieje? Prawie rok temu postanowił przewrócić swoje życie do góry nogami, stać się kimś!  Rzucił wszystko i poszedł. Mówił wokoło, że lepiej, że szczęśliwszy, że teraz to On będzie panem świata. No i? No i jest… Panem samego siebie, bo nic więcej przez te dziewięć miesięcy się mu nie urodziło. Dziewięć miesięcy prób, starań – ale czy na pewno się starał? Cały ten czas jakby dobrze zużyty ale całkowicie zmarnowany. 


Lekki tułał się tam i tu. Chciał poznawać świat, ale nie poznał. Chciał poznawać ludzi, ale nikogo nie spotkał. Lekki dalej nie czyta książek, kupuje je tylko i ustawia na swoim pięknym białym od nicości regale. Nie poznał do dzisiaj składu garam masala i za każdym razem sprawdza w wyszukiwarce czy dobrze pisze nazwę tej magicznej mieszanki przypraw. Lekki przez te dziewięć miesięcy stał w miejscu, podpierając się usilnie prawą nogą nieco z tyłu, bo tą ma dłuższą, żeby przypadkiem nie cofnąć się w tym wszystkim ani o krok. 


Wiatr wiał silny i sypał piachem w oczy, a On stał. Stał tak jak głaz i rozglądał się wokoło. Obserwując każdy jeden ruch, drobne drgania powietrza, wszystko to, co mogło dać początek nowemu byciu – słuchał najdrobniejszych szelestów, każdej jednej ich historii. Jego oczy widziały wszystko co niosło światło przez ten czas. Były filtrem. Filtrem całego świata, który wpadał wprost do jego wnętrza, targał jego trzewia na wszystkie strony. Jego uszy słyszały więcej niż wszystkie wiatry od gór aż po słońce.


W najskrytszej części swojego istnienia, Lekki ukrył plan, plan samego siebie. Zakamuflowany, ukryty w postaci kamiennego posągu swojego człowieka, przysiadł w najdalszym kącie swojego ja, i rozpoczął tkanie nowego życia z setek cienkich nici, a każda z nich połączona z inną historią, na końcu każdej z nich zaś dzwonek – każdy inny, strojony w nucie jej początku i jej końca.  Lekki stworzył świat piękny i idealny – cały na nowo. Światło wpadało przez oczy, historie prawdziwe i te zmyślone docierały do uszu, a On wybierał te najlepsze, i tkał z nich bez przerwy – dzień i noc.


Oswojony z ciemnością i ciszą braku krążenia Lekki zapomniał z czasem o najważniejszym - nie ma bowiem początku czegoś nowego, bez końca tego co stare. I sen zmorzył go nagle, gdy tkał z nici tradycji i prawości…


Huk potężny. Jasność. Zgrzyt. Wyrwany ze snu Lekki. Cała Jego misterna konstrukcja zadrżała u posady. I trzask pękających nici, i dudnienie dzwonków, które przecież miały pięknie razem zagrać. To krew przepłynęła przez mięsień. Serca kokon trafił szlag. Maski opadły, beton człowieka zsypał się jak piach. Znowu płynie krew… ale czy w dobrą stronę?


Że nieskładnie? że niepoprawnie ułożone zdania, że sensu brak? Że chaos? Ot, chaos i rewolucja, to tylko może być początkiem nowego w nim starym.

- Lekki.
- …
- Lekki!
- …
- LEKKI WRÓĆ!