poniedziałek, 7 grudnia 2015

Skacz!



Najgorszy jest ten strach. Strach przed zderzeniem z rzeczywistością. Skoczyłbyś ale ziemia jakoś za daleko, mimo, iż leci się szybko. I chociaż wiesz, że to wyzwolić może ciebie od całego tego totalnego ciężaru, koszmaru każdego dnia, to nie skaczesz. Nic do stracenia, jednak wolisz kroczyć całe życie po tej jebanej krawędzi i żreć okruchy drobnych namiętności, które rzuca ci wiatr. Czasem nie zdążysz nawet przez sroką, która rzuca się na nie równie szybko jak ty sam. 

Dzień taki, że chciałoby się z kimś pobyć. No ale nie. Marny poranny chat, dobra poranna praca i godziny wcześniejsze jak nigdy przedtem. Lekko było jakoś. I Lekki lżej dzisiaj odpalał kolejne etapy. Wieczór zaś przyniósł Bukę. I chociaż Buka mrozu nie dała i zimą nie zawiała mieszkalnego parkietu, przyniosła jesienne liście, pierwsze w tym sezonie. 

Spadły i leżą, i nie wiadomo jak je podnieść. Zamieść nie wolno, ale coś z nimi zrobić trzeba. Chętne jednak do sprzątania nie są. Niech leżą. Czasem muszą swoje odleżeć.

Psst, trrr, trzask. Otwierana puszka barcelońskiego Estrella wydaje inny dźwięk niż polski Lech, czy Żubr. W smaku też inny. Ale zawsze można zalać sokiem i udawać, że się lubi różne ciekawe piwa. Zawsze tak robię.

Łyk jeden, drugi, gul. I gotowe. Trochę jakby lżej, ale to jeszcze nie moment na spanie. Szkoda. Bardzo bym już chciał.

- Lekki.
- Co?
- Nie bardzo wiem co teraz. Pobiegać za zimno, rower schowany. To zawsze działało.
- Wypiłeś piwo. Idź spać… Walnij drugie jak trzeba… masz tego pół lodówki. Ludzie znoszą, a ty chomikujesz. Na Święta chcesz to mieć?
- Po dwóch rano się nie obudzę…
- A co to ostatnie rano będzie? Będą kolejne.

[Psst, trrr, trzask]

Wracam powoli do tego co przed laty. Dziesięć lat przeleciało jak grom z nieba. Dziesięć lat… bronię się jak mogę przed wymyślaniem różnych teorii życiowych. Każda jedna z nich wydaje się być jednak prawdziwsza od poprzedniej. Zaczynam rozplątywać te pieprzone nici. Zaczynam układać z tego jeden, cholernie czytelny obraz. Dziesięć. Dziesięć lat dziobania okruchów. Jak ta sroka, jak kura. Rozgrzebuje łapą ziemię, w której nie ma już życia, z nadzieją, że może akurat coś z niej wyjdzie.

Nie wyjdzie.

Czas na zwrot. Obrót, i przewrót. Wszystko na jedną kartę. To co prawdziwe – pozostanie. Reszta? Jak te liście. Niech spada i leży, podnosił  nie będę.

[Psst, trrr, trzask]

- Lepiej?
­/pieprzone dialogi, których zabrakło/
- Fchuj.

Kto powiedział, że zimą (jaka to zima… nawet zima się nie udała) nie można usiąść na leżaku na balkonie i napić się piwa? Nikt. Ludzie wymyślili sobie zasady, teorie, którym hołdują, nie zastanawiając się nawet czy można inaczej. Tak wygodniej. Po co coś zmieniać. Po co być tak jak się czuje, skoro wszyscy wokoło dobrze czują jak masz być?

[Psst, trrr, trzask]

I ta zakrwawiona od taniego pierdolenia gitara. Też oszustka. 

niedziela, 8 listopada 2015

Next



To ja. Lekki. Wracam.

Może i nie czytam książek, z założenia, bo nie, bo nie wierzę, że jest w nich prawda – tak jak nie wierzę w prawdę w kazaniu księdza podczas niedzielnej mszy. Może i uważam je za śmiecenie mózgu i może jestem niesamowitym chamem w tym momencie pisząc to, i każąc Wam to czytać. Może i tak jest…

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że najbardziej na świecie, cenię ludzi i miejsca - to najprawdziwsze książki, których potrzebuję jak wody - historie których nikt nie zmyślił, nikt nie redagował. Każda taka historia to stempel w głowie, sercu i duszy. Coś co kształtuje człowieka od A do Z. Nie można przed tym uciekać. Trzeba to brać. Właśnie sobie o tym przypomniałem. Przypomniałem sobie to wszystko ciągnąc za sobą ciężkie od  alkoholu resztki mojej głowy, ładując je do tramwaju i modląc się o dawkę ibuprofenu, który pozwoli mi poskładać łeb w całość. Przypomniałem sobie o tym jedząc dzisiejsze śniadanie na ulicach Szanghaju. Przypomniałem sobie o tym wczoraj, pijąc piwo i słuchając muzyki w niezwykle prawdziwej Pinola Cafe – w miejscu, do którego sam nigdy bym nie trafił, w miejscu do którego zawiedli mnie ludzie, pokazał mi je człowiek. 

To wszystko powoduje że pękają kolejne skorupy. Rozlatują się kolejne budowane przez lata wokół mnie mury, które tylko pozornie miały chronić przed czymś co złe, niebezpieczne, co może zniszczyć LekkieŻycie. Rozpadają się furty i bramy, które przez ten czas służyły do wpuszczania do tej cholernej twierdzy tylko nielicznych. Rozpadają się z hukiem, który jest zwiastunem nowego, i mam głęboką nadzieję, lepszego czasu. 

- Lekki…
- Co?
- Wyglądasz jakoś inaczej… Coś nie tak? Powinieneś się cieszyć!
- Inaczej? Normalnie… Cieszę się. Bardzo się cieszę. Ale też jestem przerażony jak skurwysyn.
- No ale przecież wszystko jest ok, wszystko działa tak, jak chciałeś!
-  Nawet lepiej. Chyba zapomniałem jak to jest, kiedy wszystko się zmienia. Zbyt wygodnie mi było. No ale wiem, że teraz mogę więcej, no i będzie lepiej…             
-  No to ogarniaj, a nie pierdol smutów.
- No…

/dzwoni telefon  +44 74/ 

Nic lepszego w chwili przerażenia, jak usłyszeć kogoś o kim przed momentem się pomyślało, i kogo dawno się nie słyszało. No i znowu temat ludzi, ich poznawania i bycia. Kiedy ich sukcesy stają się Twoimi sukcesami, kiedy Twoje porażki powodują, że zastanawiają się razem z Tobą jak z nich wybrnąć. To dlatego nie czytałem nigdy książek, a poznawałem ludzi. Dziesiątki, setki… było ich mnóstwo. Wszędzie, w każdym miejscu ktoś znał Lekkiego. Nie było spaceru bez „siema”.  Każdy był kimś kto coś wnosi, i kogo trzeba było poznać. Potem praca, zmiana przyzwyczajeń i lata klikania ‘next’ na playerze, kiedy coś się nie podobało.  Dzisiaj wiem że to był błąd, że wiele dobrych nut mnie ominęło. Tak wiele, że straciłem siebie gdzieś tam po drodze. Aż teraz, ktoś tam u góry, postanowił postawić przede mną lustro, pokazać, że to nie tak, że przecież dobrze wiem co sprawiało mi w życiu radość i gdzie powinienem być. Czuję się trochę jak Scrooge w Opowieści Wigilijnej, którego przewlekli po jego przeszłości, pokazali teraźniejszość i zajawkę przyszłości. I ten wielki palec boży, który zdziela mnie w łeb i mówi Widzisz? No to idź!. Jak bumerang wracam. Może nieco zdewastowany, z kilkoma bliznami więcej, ale jestem.

I już nigdy nie kliknę ‘next’.

sobota, 10 października 2015

Moja zebra



Pasy na przemian białe i czarne. Dokąd? Nie wiem. Nigdy nie uczyli. Nikt nie mówił gdzie ta droga wiedzie. Kazali iść. To szedłem. Raz lewa, raz prawa noga. Można czasem zagrać w deptanie tylko białych, albo tylko czarnych. Tak dla odrobiny fanu z tego, że po prostu się idzie. Samo iście przecież nie może sprawiać większej radości, ale jeżeli zaczniesz nadeptywać jeden z kolorów to już zawsze lepiej, raźniej i weselej.  

Lekki ma jedną nogę krótszą. Nikt o tym normalnie nie wie, bo nie jest to widoczne. Półtorej centymetra różnicy nie jest aż tak bardzo dostrzegalne. Ale kiedy grasz w „pasy”, w pewnym momencie musisz jeden przeskoczyć, albo zmienić kolor, bo stopa przestaje mieścić się na kolorze. Dziwne? Śmieszne? Jak dla kogo. Nie mniej tak jak z tymi pasami, tak i w całym sowim życiu Lekki co jakiś czas musi zmienić kolor – przeskoczyć z białego na czarne, albo na odwrót. Dlaczego? Bo istnieje jedna niezaprzeczalna zależność we wszechświecie, że jedno działanie powoduje kolejne, a te z kolei następne. Każdy nasz ruch i skinienie buduje cały wszechświat od nowa. Każda nasza decyzja powoduje skutek w życiu nie tylko naszym, ale każdego innego stworzenia na tej planecie. Dlatego też od czasu do czasu trzeba zmienić czarne na białe, aby zachować równowagę istnienia. 

I chociaż dalej nie widzę końca tych pasów, to idę. Zmieniam kolory co jakiś czas. Czasem przydepnę dwa na raz – wtedy zaczynam od nowa. I chociaż ścieżka ta wydaje się być monotonna, wręcz niezdrowa – idę. Co innego pozostało? Chociaż asfalt czasem się skruszy, choć pasy momentami niewyraźne, drogi tej nie zmieniam. Być może dla tego, że sam ją wybrałem, może dla tego, że tak kazali iść, może dla tego, że tylko tak iść nauczyli. Dali mi tą biel, na przemian też i czerń, a od nich już tylko garb.

Dywan



Dom. Może tylko mieszkanie. 

Wyleżany dywan wydaje się być dzisiaj nieco twardszy niż przedtem. Może przez to, że dziś jest bardziej wyleżany niż wczoraj? Białe ściany i sufit. Przymrużając oczy sprawiam, że topią się kontury. Zanurzam się w bezkresie bieli, wchodzę do kuli, potężnej białej mieszkanionicości. I nie ma nic. Tylko ja, biel, ściany i sufit, i skrawek wyleżanego dywanu i w uszach szum od bezkresnej ciszy, i łomot przepływającej krwi.

Zamykam oczy i wychodzę z tego świata. Gdzie? Tam gdzie jest mi lepiej. Do chwil, wydarzeń, spojrzeń i słów, które dały tyle radości. Do tych najprostszych rzeczy, które zawsze budzą emocje, te najprawdziwsze. Było ich kilka. Wyobrażam sobie miejsca, te pełne momentów uniesień i wzruszeń. Słowa, te niewypowiedziane, a przecież takie prawdziwe, bez których nie da się żyć. Widzę to wszystko. Wszystko to czuję. Zaczynam słyszeć coraz wolniej przemijający czas, a tykanie zegara przeradza się w nieznośny łomot. Raz po raz, uderzenie za uderzeniem i ta wewnętrzna fala euforii mieszana z żalem zmarnowanych szans, i strachem przed straconym jutrem. 

Leżę. Dywan już dawno zamienił się w podeschłą od słońca trawę. Kolejne źdźbła drażnią mi łydki. Słońce opala mi twarz. Jest cieplej. W końcu cieplej. Cisza, spokój i znowu ja.  To niesamowite ciepło rozlewa się po całym człowieku. Ogarnia ciało i nie pozwala odejść. W nieznane zakątki odlatują wszystkie ciężkie myśli. Zostajesz sam ze sobą. Jest pięknie.

Zegar. Huk wskazówek, niczym uderzenia młotem w stalową rurę. Słońce gaśnie, a trawa zamienia się w beton zimny i twardy od tego co złe. Znowu wracasz do tego co droczy wnętrze i wyjada mózg. Leżysz w bezruchu i nie możesz zrobić nic. Dobrze wiesz, ze trzeba się wyrwać z tego świata ale na twoje wezwanie nie odpowiada żaden, nawet najmniejszy, mięsień. Leżysz. Paraliż ogarnia cię od stóp, po głowę. Tykanie zegara rozbija ci mózg, sprawia ból taki, że łzy zaczynają spływać po policzkach. Pierwsze od lat. Od wielu lat. To niesamowite jak zły jest ten drugi świat, jak ciężkie są jego kajdany. Nie możesz zrobić już nic. Huk zegara zaczyna nieznośnie przyspieszać, czas przemienia się w wir. Dogania, ogarnia, niszczy.

Otwieram oczy. Wracam. Znowu te ściany białe od niczego, sufit i dywan, i ja, i nikt. Ile jeszcze?

czwartek, 1 października 2015

Lekki wróć



Dziewięć miesięcy. Tyle ile trwa ciąża ludzkiej kobiety. Ludzkiej - ciekawe stwierdzenie. Dziewięć miesięcy to dokładnie tyle, ile mija od ostatniego razu, kiedy widziałem Lekkiego. Gdzie on jest? Co się z nim dzieje? Prawie rok temu postanowił przewrócić swoje życie do góry nogami, stać się kimś!  Rzucił wszystko i poszedł. Mówił wokoło, że lepiej, że szczęśliwszy, że teraz to On będzie panem świata. No i? No i jest… Panem samego siebie, bo nic więcej przez te dziewięć miesięcy się mu nie urodziło. Dziewięć miesięcy prób, starań – ale czy na pewno się starał? Cały ten czas jakby dobrze zużyty ale całkowicie zmarnowany. 


Lekki tułał się tam i tu. Chciał poznawać świat, ale nie poznał. Chciał poznawać ludzi, ale nikogo nie spotkał. Lekki dalej nie czyta książek, kupuje je tylko i ustawia na swoim pięknym białym od nicości regale. Nie poznał do dzisiaj składu garam masala i za każdym razem sprawdza w wyszukiwarce czy dobrze pisze nazwę tej magicznej mieszanki przypraw. Lekki przez te dziewięć miesięcy stał w miejscu, podpierając się usilnie prawą nogą nieco z tyłu, bo tą ma dłuższą, żeby przypadkiem nie cofnąć się w tym wszystkim ani o krok. 


Wiatr wiał silny i sypał piachem w oczy, a On stał. Stał tak jak głaz i rozglądał się wokoło. Obserwując każdy jeden ruch, drobne drgania powietrza, wszystko to, co mogło dać początek nowemu byciu – słuchał najdrobniejszych szelestów, każdej jednej ich historii. Jego oczy widziały wszystko co niosło światło przez ten czas. Były filtrem. Filtrem całego świata, który wpadał wprost do jego wnętrza, targał jego trzewia na wszystkie strony. Jego uszy słyszały więcej niż wszystkie wiatry od gór aż po słońce.


W najskrytszej części swojego istnienia, Lekki ukrył plan, plan samego siebie. Zakamuflowany, ukryty w postaci kamiennego posągu swojego człowieka, przysiadł w najdalszym kącie swojego ja, i rozpoczął tkanie nowego życia z setek cienkich nici, a każda z nich połączona z inną historią, na końcu każdej z nich zaś dzwonek – każdy inny, strojony w nucie jej początku i jej końca.  Lekki stworzył świat piękny i idealny – cały na nowo. Światło wpadało przez oczy, historie prawdziwe i te zmyślone docierały do uszu, a On wybierał te najlepsze, i tkał z nich bez przerwy – dzień i noc.


Oswojony z ciemnością i ciszą braku krążenia Lekki zapomniał z czasem o najważniejszym - nie ma bowiem początku czegoś nowego, bez końca tego co stare. I sen zmorzył go nagle, gdy tkał z nici tradycji i prawości…


Huk potężny. Jasność. Zgrzyt. Wyrwany ze snu Lekki. Cała Jego misterna konstrukcja zadrżała u posady. I trzask pękających nici, i dudnienie dzwonków, które przecież miały pięknie razem zagrać. To krew przepłynęła przez mięsień. Serca kokon trafił szlag. Maski opadły, beton człowieka zsypał się jak piach. Znowu płynie krew… ale czy w dobrą stronę?


Że nieskładnie? że niepoprawnie ułożone zdania, że sensu brak? Że chaos? Ot, chaos i rewolucja, to tylko może być początkiem nowego w nim starym.

- Lekki.
- …
- Lekki!
- …
- LEKKI WRÓĆ!