Moje uwenienie runęło jak karciane World Trade Center kiedy
wzniosłem się na próg życia emocjonalnego krawężnika. I nie, nie copatrzyłem siedząc na koniu! Dramat wewnątrz wielki. W chwili kiedy rozpalałem mój poglądowo
emocjonalny martenowski piec, z komina ujściem w chmurze absurdu, kiedy
wylewać już w formy miałem myśli przetopione –buch! Zimny deszcz krawężnikowych
emocji. I po formie. Stwardniało wszystko i się skruszyło. Ha! Cóż za piękny
koniec wszechweny!
Rozdmuchać na nowo trzeba węgle, ogrzać i zagazować!
Tak rzadko zastanawia się człowiek nad różnicą między
porankiem oznajmianym telefonowo-budzikowym dżinglem, a wieczorem pełnym
przemyśleń – o ile takie się pojawiają zanim padniesz na ryj w poduchy i noc. Niesamowite
jest jak głęboko ostatnimi czasy wpadłem w bez-czucia rytm i potraciłem gdzieś po
kątach świadomość swojego działania. Korporacyjny gniot ogarnął mnie całego i wpadłem
w tabele wykresy, procedury i instrukcje. Instrukcja otwarcia, instrukcja
zamknięcia instrukcja jedzenia i pierdnięcia. Na wszystko są przewidziane normy, a jak myślisz inaczej to się strzeż! Cofnij się, usiądź, uznaj, a potem wróć i
wykresuj dalej.
Najważniejsze w tym wszystkim odróżnić życie od profesji. Odróżnić
codzienność od dnia dzisiejszego, godziny od godzin, tam od tu. I nie popaść w
niełaskę nieokiełznanego przypadku. Stać
prosto trzeba z podniesioną głową i mieć na uwadze, że duma nieraz najlepiej
czuje się w kieszeni, a i z kieszeni nikt nam jej nie wyciągnie – nikt nas jej
nie pozbawi.
A rano znowu możesz wyrzygać się, ogolić, zaciągnąć krawat i
ruszać w przestworza kariery nie do ogarnięcia, ścieżką nie do przebycia. W
romantyczno korporacyjnym boju tracąc ostatki sił, oddając resztki dobrej woli.
I wyciągać rękę trzeba do tego, kto podaje swoją, nie walić od razu z buta. Słuchać jak mówią, a jak nie słuchają to nie mówić.