czwartek, 18 sierpnia 2016

Dziękuję



Zdjąłem buty. Potem skarpetki. Skarpetki wsadziłem do butów, odłożyłem je na betonowe nabrzeże, a sam stanąłem na trawie. Boso. Jak dawniej. Jak wtedy kiedy nieświadomy niczego jako mały chłopiec chodziłem boso leśną ścieżką od domku dziadków, po kamieniach, zaciskając zęby z bólu, aż do rzeki. Tam rosła miękka trawa. I do dzisiaj rośnie. Właśnie na niej stoję. 

Wziąłem głęboki oddech i powoli zgramoliłem się na dół do wejścia na wodospad. Pierwszy krok do wody. Nie było ślisko, woda taka jak zawsze. Moja woda. Kolejny krok i coraz pewniej w głąb wodospadu. Poznaliśmy się. Nie trzeba było przypominać sobie kto jest kim. Jestem u siebie, to moja rzeka. 

To już 31 lat od kiedy się poznaliśmy. Nie muszę się jej bać, a ona nie boi się mnie. Znamy się na wskroś. Nawet, tak jak teraz, kiedy nie widzimy się bardzo długo, to wiem, że jest, i na mnie tu czeka. Ona zaś wie, że prędzej czy później wrócę do niej, żeby dotknąć, poczuć, odpocząć.

Zanurzam w wodzie dłonie, nabieram wody, i obmywam twarz i włosy. Nie chcę otwierać oczu... 

Odwracam się w stronę zachodzącego słońca. 

- Kurwa, żeby w końcu był ten zielony... 

Przyglądam się uważnie jak gubi się to słońce gdzieś za górą. Znowu nie zobaczę tego, na co tak długo czekam. 

- Lekki! Leeeeeekkki!! 

Jest mi tak dobrze, że udaje, że nie słyszę. W końcu szum wody jest na tyle głośny, że mogę nie słyszeć. Przechodzę powoli na drugi brzeg. Siadam na betonie i łapię na twarz ostatnie słoneczne promienie. W końcu całkowicie słońce kryje się za górami. Czas wracać... 

Przechodzę powoli po wodospadzie. Nie boję się, bo jest mój. Po prostu chce zostać z nim jak najdłużej. Jak najdłużej chcę żeby moja rzeka przepływała mi przez palce stóp.
Wracam na brzeg. Siadam na moment i spoglądam na białą pianę wodospadu. 

Biorę buty do ręki i ruszam przez trawę w stronę kamiennego lasu. Boso. Jak kiedyś. W stronę domu. 

Dziękuję Ci rzeko, dziękuję Tobie wodo. Dziękuję Wam trawy łagodne i dziękuję Wam kamienie, i gałęzie rzucane pod stopy. Drzewa, lasy, co znam Was od zawsze. Dziękuję Wam węże i pstrągi sprytne w wodzie. Od zawsze mnie tworzyliście.
Dobranoc...

niedziela, 14 sierpnia 2016

Zamknięte. Do odwołania.



Łydki od biegu nabrzmiałe jak nigdy. Prysznic po bieganiu też dzisiaj smakował jakoś inaczej. Wszystko dzisiaj patrzy na mnie, jakby nie wierzyło, że jestem. Krzesło, na którym siadam, dziwnie odsunięte od stołu, jakby nie było gotowe na to, ze ktoś na nie jeszcze siądzie.  Stół też się nie chwieje jak zawsze. Lampa nade mną zamigotała i zgasła – wyświeciła swoje pięćdziesiąt tysięcy godzin. 

Kładę się na macie na podłodze, na tej która kojarzy mi się tylko z potem i bólem brzucha od ćwiczeń. Leżę i patrzę w sufit. W głośnikach Gitbit Papilot z remixem Piersi ćwierć Heya. O bezdomności. Znów bezdomny. 

Do niedawna wierzyłem, że jest zawsze tak jak sami chcemy żeby było. No i przez moment tak było. Było tak jak chciałem od lat, żeby było. Stało się. Eksplozja z końca zeszłego roku poniosła mnie dalej niż myślałem. Potężna energia, która przez lata gdzieś tam we mnie tkwiła w końcu znalazła ujście. Rzuciłem wszystko, bo poczułem, że w końcu mogę być i żyć tak, jak tego zawsze chciałem.

Patrzę w ten sufit.

W głośniku Loco Star i Boję się.

I faktycznie pierwszy raz w życiu się boję. Boję się powrotu do tego co było. Boję się tych dni sprzed ponad roku. Boję się tej świadomości, że znowu tylko cztery ściany. Boję się, że wróci wszystko to co było. Boję się, że będę musiał sam wobec siebie wywiązać się z obietnicy danej sobie w styczniu. Boję się tej całej pierdolonej tragedii.

Z drugiej strony przepełnia mnie obojętność. Tak potężna, że przeciąga mnie na drugą stronę tego wszystkiego. Zaczynam widzieć skurwysyństwo w lustrzanym odbiciu. Zaczynam nie czuć bólu palca podcinanego kątówką, a moja blizna po wytrzewieniu staje się moim najlepszym przyjacielem. Chociaż nie będzie już Bijuu mode, to wiem, że wewnątrz mnie rośnie coś złego.  Tego też się boję. 

Postanowiłem dzisiaj już nic więcej nie budować. Nie poświęcać się niczemu. 

[Bueno Bros w mixie Chińskiego Urzędnika]

Nie układać, nie planować. Nawet tej podłogi już nie chcę, nie chcę tych czterech ścian. Dawniej myślałem, że to właśnie jest poczucie bezpieczeństwa, że to właśnie jest to, co pozwoli mi być wolnym człowiekiem. Nic bardziej mylnego. Nie ma wolności w czterech ścianach. Nie ma wolności na niby drewnianej podłodze. Nie ma wolności na sofie za półtorej wypłaty i nie ma wolności na leżaku na balkonie otoczonym kratą. Nie ma wolności w żadnej rzeczy, którą posiadasz, jeżeli tej wolności nie masz w sobie. Możesz starać się jak chcesz, ale jeżeli nie czujesz jej w środku, to jej nie ma. 

Przez moment ją czułem. Przez kilka chwil, przez które chciałem wykrzyczeć całemu światu jak niesamowite jest życie.  Ale nie mogłem.

[Florence – How big, how blue, how beatiful]

Chociaż nie mogłem się tym dzielić to świadomość posiadania tej wolności wewnątrz mnie sprawiała, że byłem gotów na wszystko.  Podziękowałem tym, którzy od zawsze byli dla mnie toksyną, otwarłem umysł na to, na co zawsze chciałem go otworzyć. Odrzuciłem korpo kaganiec, po to, żeby tworzyć coś co zawsze chciałem, a czego nie byłem w stanie robić sam, bo pierwszy raz w życiu poczułem, że ktoś stoi za mną i szepcze mi do ucha „napierdalaj”. 

- Ty, Lekki…
- Spierdalaj. Nie ma mnie.
- O kurwa… ok.

Świerszcze za oknem napierdalają techno ballady, a ja na ziemi, na macie, z kieliszkiem wina w ręce. W głośniku Nie więcej by Pablo Krawczyk [genialne].

Zapach kadzidła na komary wbija się bezlitośnie do salonu. Dźwignął bym się, żeby to zagasić, ale po co? Co to zmieni? Nic. Smród w pokoju i tak pozostanie aż do rana. Dzisiaj nie dam się zjeść. Jutro też nie. 

Tak zajebiście naiwny byłem, że nie pozwoliłem sobie zapalić tego dziadostwa wcześniej. Gryzły mnie te skurwysyny bezlitośnie, a ja udawałem, że tak ma być. 

[schodzi kolejna lampka wina, świerszcze wciąż grają]

Nie buduję już murów. Mosty? Nigdy ich nie paliłem. To chyba był największy błąd mojego życia. Tak jak pali się zeszyty po zakończonym roku szkolnym, jak marzannę po zimie, tak i mosty powinny być palone, dynamitem wysadzane. Hej skurwysyny! Wracam… W najgorszej mojej odsłonie od lat.

- Gówno prawda Lekki, jesteś zbyt miękki w środku, żeby nazywać siebie skurwysynem. Za moment wpadniesz w to samo gówno, a kto wie, może i z tego nie uda ci się wyjść. Pierdolisz trzy po trzy, a będzie ciągle to samo.

- Dzięki za wsparcie. Ale szczerość doceniam.  

Leżę. Wobec oszustwa jestem. Przyjmuję kłamstwa moje, twoje i myślę, że tak powinno być. Nie. 

Sięgam ręką do sfitu. Daleko tam.

Rozkładam ramiona i zamykam ten sklep. Sklep uśmiechów, przytakiwań, sklep przymykania oczu na ściemy i oszustwa.  Zamykam, zaciągam rolety suchych dni. Zamykam na maślane oczy i stany niewiedzy.

ZAMKNIĘTE. DO ODWOŁANIA.