Łydki od biegu nabrzmiałe jak nigdy. Prysznic po bieganiu
też dzisiaj smakował jakoś inaczej. Wszystko dzisiaj patrzy na mnie, jakby nie
wierzyło, że jestem. Krzesło, na którym siadam, dziwnie odsunięte od stołu,
jakby nie było gotowe na to, ze ktoś na nie jeszcze siądzie. Stół też się nie chwieje jak zawsze. Lampa nade
mną zamigotała i zgasła – wyświeciła swoje pięćdziesiąt tysięcy godzin.
Kładę się na macie na podłodze, na tej która kojarzy mi się
tylko z potem i bólem brzucha od ćwiczeń. Leżę i patrzę w sufit. W głośnikach Gitbit
Papilot z remixem Piersi ćwierć Heya. O bezdomności. Znów bezdomny.
Do niedawna wierzyłem, że jest zawsze tak jak sami chcemy
żeby było. No i przez moment tak było. Było tak jak chciałem od lat, żeby było.
Stało się. Eksplozja z końca zeszłego roku poniosła mnie dalej niż myślałem. Potężna
energia, która przez lata gdzieś tam we mnie tkwiła w końcu znalazła ujście.
Rzuciłem wszystko, bo poczułem, że w końcu mogę być i żyć tak, jak tego zawsze
chciałem.
Patrzę w ten sufit.
W głośniku Loco Star i Boję się.
I faktycznie pierwszy raz w życiu się boję. Boję się powrotu
do tego co było. Boję się tych dni sprzed ponad roku. Boję się tej świadomości,
że znowu tylko cztery ściany. Boję się, że wróci wszystko to co było. Boję się,
że będę musiał sam wobec siebie wywiązać się z obietnicy danej sobie w
styczniu. Boję się tej całej pierdolonej tragedii.
Z drugiej strony przepełnia mnie obojętność. Tak potężna, że
przeciąga mnie na drugą stronę tego wszystkiego. Zaczynam widzieć skurwysyństwo
w lustrzanym odbiciu. Zaczynam nie czuć bólu palca podcinanego kątówką, a moja
blizna po wytrzewieniu staje się moim najlepszym przyjacielem. Chociaż nie
będzie już Bijuu mode, to wiem, że wewnątrz mnie rośnie coś złego. Tego też się boję.
Postanowiłem dzisiaj już nic więcej nie budować. Nie
poświęcać się niczemu.
[Bueno Bros w mixie Chińskiego Urzędnika]
Nie układać, nie planować. Nawet tej podłogi już nie chcę,
nie chcę tych czterech ścian. Dawniej myślałem, że to właśnie jest poczucie
bezpieczeństwa, że to właśnie jest to, co pozwoli mi być wolnym człowiekiem.
Nic bardziej mylnego. Nie ma wolności w czterech ścianach. Nie ma wolności na
niby drewnianej podłodze. Nie ma wolności na sofie za półtorej wypłaty i nie ma
wolności na leżaku na balkonie otoczonym kratą. Nie ma wolności w żadnej
rzeczy, którą posiadasz, jeżeli tej wolności nie masz w sobie. Możesz starać
się jak chcesz, ale jeżeli nie czujesz jej w środku, to jej nie ma.
Przez moment ją czułem. Przez kilka chwil, przez które
chciałem wykrzyczeć całemu światu jak niesamowite jest życie. Ale nie mogłem.
[Florence –
How big, how blue, how beatiful]
Chociaż nie mogłem się tym dzielić to świadomość posiadania
tej wolności wewnątrz mnie sprawiała, że byłem gotów na wszystko. Podziękowałem tym, którzy od zawsze byli dla
mnie toksyną, otwarłem umysł na to, na co zawsze chciałem go otworzyć.
Odrzuciłem korpo kaganiec, po to, żeby tworzyć coś co zawsze chciałem, a czego
nie byłem w stanie robić sam, bo pierwszy raz w życiu poczułem, że ktoś stoi za
mną i szepcze mi do ucha „napierdalaj”.
- Ty, Lekki…
- Spierdalaj. Nie ma mnie.
- O kurwa… ok.
Świerszcze za oknem napierdalają techno ballady, a ja na
ziemi, na macie, z kieliszkiem wina w ręce. W głośniku Nie więcej by Pablo
Krawczyk [genialne].
Zapach kadzidła na komary wbija się bezlitośnie do salonu.
Dźwignął bym się, żeby to zagasić, ale po co? Co to zmieni? Nic. Smród w pokoju
i tak pozostanie aż do rana. Dzisiaj nie dam się zjeść. Jutro też nie.
Tak zajebiście naiwny byłem, że nie pozwoliłem sobie zapalić
tego dziadostwa wcześniej. Gryzły mnie te skurwysyny bezlitośnie, a ja
udawałem, że tak ma być.
[schodzi kolejna lampka wina, świerszcze wciąż grają]
Nie buduję już murów. Mosty? Nigdy ich nie paliłem. To chyba
był największy błąd mojego życia. Tak jak pali się zeszyty po zakończonym roku
szkolnym, jak marzannę po zimie, tak i mosty powinny być palone, dynamitem
wysadzane. Hej skurwysyny! Wracam… W najgorszej mojej odsłonie od lat.
- Gówno prawda Lekki, jesteś zbyt miękki w środku, żeby
nazywać siebie skurwysynem. Za moment wpadniesz w to samo gówno, a kto wie,
może i z tego nie uda ci się wyjść. Pierdolisz trzy po trzy, a będzie ciągle to
samo.
- Dzięki za wsparcie. Ale szczerość doceniam.
Leżę. Wobec oszustwa jestem. Przyjmuję kłamstwa moje, twoje
i myślę, że tak powinno być. Nie.
Sięgam ręką do sfitu. Daleko tam.
Rozkładam ramiona i zamykam ten sklep. Sklep uśmiechów,
przytakiwań, sklep przymykania oczu na ściemy i oszustwa. Zamykam, zaciągam rolety suchych dni. Zamykam
na maślane oczy i stany niewiedzy.
ZAMKNIĘTE. DO ODWOŁANIA.