poniedziałek, 4 stycznia 2016

Marsz, marsz...



Jak bardzo można zaufać innemu człowiekowi? Ile czasu można poświęcić na robienie komuś dobrze, po to tylko, żeby potem ktoś, to wszystko spieprzył?

Nie pojmuję ogólnopolskiej wyjebki na „nie moje” sprawy. Jak bardzo w tym kraju trzeba być egoistycznym chujem, żeby wyjść na swoje. Dlaczego trzy czwarte ludzi, z którymi zdarzy się spotkać, jest tylko po to żeby wykorzystać na maksa to co możesz im dać? Wyssać do cna resztki człowieka z człowieka  i porzucić suche ciało gdzieś na poboczu życia. 

Nie potrafię już na to patrzeć, nie potrafię już tego przyjmować. Chciałbym w końcu być, prosto stać i istnieć. Ale ten czas już chyba minął… 

Dziś kaftan, skafander, frak…

Marsz, marsz…

Dzień przed.



Noc? Pod warunkiem, że jest dla kogo. Sama dla siebie nie istniej. Nie ma sensu nocować skoro nie ma po co witać poranka. 

Wyjątkowo pełna dialogów, których zabrakło. W świetle ekranu cała dyskusja. Minuta po minucie, godzina przed, i po.  I pozostały cztery ściany pełne strachu. Pies. Buda.  

– Cześć. 
– Cześć.