Słońce jakoś leniwie rozlewało się po tafli wody. Było niesamowicie nisko, jak to w zimie. Te małe śmieszne fale odbijały każdy promień wprost w moją twarz, co drażniło nieziemsko moje krzywe oczy i po chwili widziałem już tylko potężny blask światła. Rozregulowałem się. Jak zawsze. Dwunasty dzień stycznia, a tu można usiąść na pomoście i nawet zanurzyć stopy w jeziorze. Tak inaczej, ale dobrze. W końcu to środek zimy. Wiem, ludzie i tak pozawijani w wełniane szalowe wywłoki, no bo przecież jak zima to zima i nawet gdyby zaświeciło dwadzieścia pięć, to i tak chodzili by w czapkach ponaciąganych na uszy, z rękawiczkami zwisającymi z rękawów.
Dziwny dzień, dziwne sprawy. Jakoś tak totalnie inaczej. Ostatnimi
czasy wszystko wydaje się dziać jakby z boku. Budzisz się rano, odpalasz
telewizor i widzisz w nim cały swój dzień. Od porannego sikania po wieczorne
alkoholowe rzyganie, i zastanawiasz się kim
jest ten facet? Tak samo było i
dziś. Nie przypuszczałem nawet przez moment, że z mojego kac porannego pociągu
wysiądzie gość, który w jeden prosty sposób stwierdzi, że to trzeba zmienić, to naprawić, tu przestawić i przesterować jeszcze
kilka innych rzeczy, że pojawi się ktoś, kto powie co trzeba zrobić, żeby
było lepiej. Ktoś, kto zaświeci światło w tym ciemnym jak dupa tunelu i powie wsiadaj, jedziemy, już czas. Nie
spodziewałem się – to też nikt się taki nie pojawił.
Czasem trzeba uciec daleko. Do ciszy. Odejść od tego co jest
i posiedzieć przez chwilę sam na sam z przestrzenią. Nie dołować się, drażnić
myśli złym, ale zapaść na moment w trwanie. Spowolnić czas, zatrzymać go. Przyjrzeć
się mu potem dobrze, obejść, pooglądać… czasem dotknąć, jeżeli starczy ci
odwagi. Jak już tak trwa nieruchomo, możesz zajrzeć mu prosto w oczy,
rozszyfrować to co tam wewnątrz planuje, co przyniesie jutro, a co jest
skutkiem wczoraj. Potem siadasz z powrotem na tym drewnianym pomoście mocząc nogi w lodowatej jak
skurwysyn wodzie, by odbijać się słońcem i ślepnąć w blasku świat całego. Jeden
zwykły dzień na naładowanie baterii samotności, tej niezwykłej energii, o
której tak często się dzisiaj zapomina.
Inaczej.
Inaczej.
Dusza? Jeżeli mam takie coś, to właśnie Ona odpoczywała. Odkopywała
się z gruzu niechcianych podłych zdań i fałszywych emocji, a potem położyła się
obok na leżaku i sączyła kolejne promienie. Stało się lżej.
Słuchając szumu ciszy, świętowałem swoje człowieczeństwo.
Wstałem. Wyszedłem.