niedziela, 15 grudnia 2013

Pełny w gębie.



Bywają poranki kiedy w gębie puchną poprzedniej nocy wypowiedziane brednie pijaka, jak wtedy, kiedy próbujesz przeżuć najtańszą możliwą macedońską chałwę kupioną na ulicznym straganie Rumuna w Złotych piaskach. 


Albo będziesz walczył do utraty tchu, albo poczekasz aż to wszystko się rozpuści, żeby w końcu zacząć przełykać swobodnie ślinę i oddychać bez stresu.  Możesz walczyć, może się udać. Możesz udawać, że wszystko okej i niby spokojnie czekać.  Czekać? Czekać…  Trochę się podduszać. Leci wtedy z oczu, z nosa… łzy mają różne postaci. Darmo wtedy podlewać winem czy wodą, piwem czy wódką. Przyjdzie samo. Oswobodzenie. 


Czas rozcieńczania, topnienia, rozpuszczania, tego stopniowego napowietrzania trzeba jednak dobrze zagospodarować, by nie zginąć pośród zalepionych mord tłumu. By nie sięgnąć chałwo wiadrowego dna.  Mimo braku tchu krzyczeć na głos swoje imię i znaczyć pozycję bycia tu i teraz. Docierać. Rozdzierać i pchać się na przód. Można? Można. Po co? By być. 


W tym istota naszego istnienia by BYĆ, nie tylko istnieć. Widzieć nie patrzeć, dostrzegać i jarzyć. Mimo wielu niespokojnych myśli nie tracić tego co w nas. 

Przecież to tam jest. 


Popuszcza. Można w końcu zacząć delikatnie przeżuwać… słodycz zalewa całego mnie, do granic możliwości, do gardła szczypania, po żołądkowe kwasy napływające refluksowym szlakiem. Popuszcza. Z jednej strony lżej, z drugiej trudniej jest. Wody. 


Spojrzałem w sufit. Niby nic. Biały ze starowodną plamą po kąpieli sąsiada. Kawałki farby zwisały nienaruszone od lat. Niby nic. Niby farba, piekielne lustro mojego niechciejstwa, oporu przed zmianą, znienawidzone ja w środku gówniano-brązowej plany rdzawej z rury wody. Coś więcej? 


Nie. To mniej. Mniej niż kiedykolwiek przedtem. Mniej niż pół połowy mnie w donicy torfu bez korzeni, w gnoju po łopatki. Czujesz? Nie czujesz. 


Wody kolejny łyk i leci. Leci dalej. Czytasz.