poniedziałek, 30 września 2013

W dupie chuj - Wkurw Mundi



Cały dzisiaj jakiś tak niby to strawiony, a już wyrzygany. Niby dobry, a zły. Jakby nieco słodki, a spieprzony. Jeszcze nie rozwarty, a już wyjebany. To takie dni, kiedy nie chce ci się nic, ale coś ze sobą zrobić musisz. Niby nie ma siły ale coś w środku cie rozpierdala. Wstajesz, ruszasz i kręcisz się jak ta mucha w gównie. Chuj strzela na myśl o tym, że jutro znowu będzie tak samo. 

Wstajesz, rozglądasz się nerwowo i siadasz. Czujesz, że trzeba wstać, ale może lepiej siedzieć, bo przecież trzeba iść. Gdzie? Chuj wie. I zaczyna się w tobie budzić wszechogarniające, wolnorozprężalne wkurwienie. Z czasem przeradza się we Wkurw Mundi!

I nie wiesz czy modlić się o święte pierdolnięcie, czy błagać o ocalenie tej jebanej świata zakały.  Czasem serce się kraje jak patrzysz na nieporadność niektórych ludzi. Żal. Koni żal. I wiem, że to może moja ukryta, przeterminowana megalomania. Każdy z nas ma gdzieś wewnątrz zakamuflowaną opcję wermachtską. Takiego małego hitlera, który czasem ujawnia się w tej całej naszej życiowej wojnie. Dobrze jak można sobie z tym poradzić pokojowo. Zaśpiewać, zatańczyć, dać dupy, cokolwiek. Gorzej jak idzie na noże. 

I jeszcze to, że piszesz i w moment tracisz, zapominasz i wymazujesz co miało być dalej. I wiesz, że wtedy jedyne co możesz to zamknąć z Krzyża worda, bo więcej nie będzie! Jeszcze nie otwarte, a już zamknięte. Jebane! Dobranoc.

niedziela, 8 września 2013

W dupie chuj. Prolog.


   Z trudem otwarłem oczy. Słońce raziło jak skurwysyn. Nie bardzo wiedziałem na czym skupić wzrok. Spojrzałem na drugą stronę alejki. Trawnik, drzewo, stara baba i pies srający – lat może tyle samo co ona, nie szło mu łatwo.

- Chodź Piksi! No chodźże!

Nie drzyj babo, przecież to zwierze, ono nie rozumie. Nigdy tego nie ogarnę, jak można mówić do nich jak do ludzi?
         
            - Oj, Piksi, ile razy pani ci mówiła, że nie wolno robić kupy na trawniku w parku. Nie dobry!

   I poszła. I nie pozbierała gówna po swoim Piksi stara kurwa. Teraz byle dzieciak na spacerze z mamą wejdzie w to nogą i po zabawie. Nie dość, że się rozniesie to jeszcze lament małego – Bo wdepnąłem do kupy – a i matka pół dnia będzie miała co robić zeskrobują gówno z podeszwy, nowo kupionych najek, za ciężko zapierdolone godziny na taśmie przy kasie w Tesco.

   Przymknąłem oczy, bo łomot w mojej głowie zdawał się za każdym razem napieprzać z siłą stu tysięcy bomb.
Gdzie do cholery ja jestem? Co to za miejsce? Co to za park? Chociaż, nie powiem, ławka nawet wygodna.
Usiadłem – i nic już nie wyglądało tak samo. Wyjąłem z kieszeni telefon, żeby sprawdzić godzinę. Była dziewiąta siedemnaście. 

   Nazywam się Bartosz Mariusz  - Ten, który nie puszcza pawiów, i udaje, że twardo stąpa po ziemi.