Cały dzisiaj jakiś tak niby to strawiony, a już wyrzygany. Niby
dobry, a zły. Jakby nieco słodki, a spieprzony. Jeszcze nie rozwarty, a już
wyjebany. To takie dni, kiedy nie chce ci się nic, ale coś ze sobą zrobić
musisz. Niby nie ma siły ale coś w środku cie rozpierdala. Wstajesz, ruszasz i
kręcisz się jak ta mucha w gównie. Chuj strzela na myśl o tym, że jutro znowu
będzie tak samo.
Wstajesz, rozglądasz się nerwowo i siadasz. Czujesz, że trzeba
wstać, ale może lepiej siedzieć, bo przecież trzeba iść. Gdzie? Chuj wie. I zaczyna
się w tobie budzić wszechogarniające, wolnorozprężalne wkurwienie. Z czasem
przeradza się we Wkurw Mundi!
I nie wiesz czy modlić się o święte pierdolnięcie, czy
błagać o ocalenie tej jebanej świata zakały. Czasem serce się kraje jak patrzysz na
nieporadność niektórych ludzi. Żal. Koni żal. I wiem, że to może moja ukryta,
przeterminowana megalomania. Każdy z nas ma gdzieś wewnątrz zakamuflowaną opcję
wermachtską. Takiego małego hitlera, który czasem ujawnia się w tej całej
naszej życiowej wojnie. Dobrze jak można sobie z tym poradzić pokojowo. Zaśpiewać,
zatańczyć, dać dupy, cokolwiek. Gorzej jak idzie na noże.
I jeszcze to, że piszesz i w moment tracisz, zapominasz i
wymazujesz co miało być dalej. I wiesz, że wtedy jedyne co możesz to zamknąć z
Krzyża worda, bo więcej nie będzie! Jeszcze nie otwarte, a już zamknięte. Jebane!
Dobranoc.