Im dłużej z nią siedziałem tym trudniej było mi się
kontrolować. Sama zaczęła zauważać że coś się dzieje. Nie potrafiłem skupić się
na tym co ona do mnie mówi. – Kurwa. Kończmy już to. Nie ogarniałem. A ona
ciągle nawijała. Moje wnętrzności szalały a ona ciągle pierdoliła o tym, jak to
niesamowicie jest objechać półwysep helski na rowerze. Palce zaczęły mi same
wystukiwać marsz gladiatora, noga podskakiwać. Tyle dni na głodzie. Pot powoli
zaczął spływać mi z czoła. A ona dalej nic. Zacząłem rozglądać się nerwowo po sali,
tak, jakbym szukał wyjścia ewakuacyjnego. Czułem się jakby ktoś podpalał mnie
zapalniczką, a ja sam byłem przywiązany do krzesła. Ni chuja, nie uciekniesz.
- I wtedy dojeżdżasz na Cypel. Boże jedyny jak tam jest
pięknie. Nie spodziewałbyś się (…)
- Sorry zaraz wrócę…
Wyszedłem ze stolika jak Usain Bolt wychodzi z bloków. I ruszyłem w kierunku zakamuflowanych białych
drzwi z podobizną czarnego faceta. Właściwie jego lekko rozkroczonym zarysem. –
czemu kurwa czarny? – nie istotne, dobrze, że wogóle jest.
Nacisnąłem klamkę, pchnąłem nogą drzwi niczym
Chuck Norris. Ostatnia prosta. Lekkim truchtem dobiegłem do pierwszej wolnej
kabiny. Zatrzasnąłem drzwi, resztkami sił zdjąłem spodnie i usiadłem.
- KURWA MAĆ!... nigdy więcej poczwórnego espresso przed
randką.