Jak to jest czuć wszystko, wiele i więcej, i za cholerę nie mieć możliwości w pełni się tym dzielić?
Jak to jest co rano wstawać, budzić się, co jakiś czas obok i ten cały jebany świat zamykać w kilku ścianach? Jak to jest wierzyć w rzeczy, których nie możesz wyznać, wrzucić na afisz, wykrzyczeć i wydrapać kamieniem na murze?
Wstać z łóżka, ubrać się i wyjść, a potem po prostu stać się akceptowalnym oszustem, przypadkiem tylko razem kupować makaron i pomidory. Nie trzymać za rękę, nie patrzeć zbyt głęboko w oczy, napinać mięśnie siedząc na ławce wtedy kiedy chcą objąć. Przed wejściem do pociągu żegnać się uściskiem dłoni, trzymając całe wnętrze zakneblowane do bólu i potu, aż sine.
Jak to jest planować ślub, wspólny dom, ogród i przyjęcia z najbliższymi i całą wielką rodziną?
Jak to jest posiadać najpotężniejsze na świecie szczęście i nie móc dać jego kawałka Matce czy Ojcu. Jak to jest patrzeć Matce w oczy i tłumaczyć brak swojej obecności na obiedzie koniecznością nadgodzin w robocie?
Obyś nigdy nie musiał tego wiedzieć.