Jakim sobą się dzisiaj obudziłeś? Ty z wtorku, ze środy? A może po prostu udało Ci się trafić w sobotni mood?
Gówno prawda, sam już nie wiesz. Ludzie nauczyli się tworzyć dziesiątki wersji samych siebie. Siebie do rozmowy z szefem i lizania mu dupska, siebie do kupowania gazety w kiosku i bułek w piekarni. Siebie na wieczór do wyjścia do brata z litrem wódki, i siebie na wieczór w kinie z laską, którą fajnie byłoby wyruchać. Kolejna forma, sztanca i wersja. Poniedziałkowa, wtorkowa, coś na środę i czwartek, piątkowy mood na koniec tygodnia i sobotni kac. Twarz za twarzą, a z a nią kolejna. Jak drożdże mnożą się wersje człowieka w zależności od sytuacji. Jedna po drugiej, bez przerwy.
Jak wyśmienitym tancerzem trzeba być, by na tylu parkietach odwalać równo wszystkie tańce? Pieprzony Travolta z Gorączce sobotniej nocy był tylko jeden. JEDEN, tak jak parkiet na którym wystąpił. Ciągła życiowa gonitwa każe nam przebierać się w coraz to nowsze stroje, niczym Maryla Rodowicz w trakcie półgodzinnego show. Tylko, że i tu, tak jak u Niej, to staje się coraz bardziej śmieszne, a twój show zamienia się w występ na osiedlowym festynie parafialymn, i tak jak Ona, nie zauważasz tego od lat…
Ciągle nowe wersje.
Mam 32 lata i w końcu, W KOŃCU, nie muszę nikogo udawać. Oto ja.
Żaden pudrowany trener nie powie mi już TWÓRZ NAJLEPSZĄ WERSJĘ SAMEGO SIEBIE, wciskając mi przy tym swoje teorie na temat tego jak żyć - tworząc tym samym rzeszę jednakowych kopii według swojej opowieści.
Oto JA.
Jedyna żywa, i prawdziwa wersja mnie. Jedyne co można nieco ulepszyć. Dla siebie? Nigdy. Jedynie dla kogoś.
Nie twórzcie wersji… do cholery. Łatwo pomylić ścieżki, odwalić zły show, nie dla tej publiki. Nie warto.
- Lekki.
- Co?
- Pisanie o szczęściu nie wychodzi ci zbytnio…
- Tak myślisz?
- Wręcz żałośnie…
- No to znowu mamy o żalu - dobrze jest!
- echhh… kurwa…