Jakby ostatkami sił łapię się kolejnych sznurków i podciągam ku górze. Blade światło reflektora, którego kiedyś tak bardzo chciałem, rzucone na scenę, dzisiaj zdaje się parzyć. Próbuję uciec. Im wyżej się podciągam tym bardziej oślepia i znowu spadam w dół. Parzy. Dłonie pocięte od sznura, wzrok coraz gorzej znosi blask lampy. Po omacku dosięgam lin i podciągam się - ten ostatni raz.
W końcu się udało. Nie widzę już nic. Wyciągam rękę i po omacku szukam tego co jeszcze wyżej.
Sufit. Tafla betonu. Koniec.
Nerwowo szukam włazu, drzwi, klapy. Nie ma nic. Tylko beton.
Koniec.
Puszczam liny i spadam w dół.
Jest ciepło. Miękko. Już nic nie parzy.