Najgorszy jest ten strach. Strach przed zderzeniem z
rzeczywistością. Skoczyłbyś ale ziemia jakoś za daleko, mimo, iż leci się
szybko. I chociaż wiesz, że to wyzwolić może ciebie od całego tego totalnego
ciężaru, koszmaru każdego dnia, to nie skaczesz. Nic do stracenia, jednak
wolisz kroczyć całe życie po tej jebanej krawędzi i żreć okruchy drobnych
namiętności, które rzuca ci wiatr. Czasem nie zdążysz nawet przez sroką, która
rzuca się na nie równie szybko jak ty sam.
Dzień taki, że chciałoby się z kimś pobyć. No ale nie. Marny
poranny chat, dobra poranna praca i godziny wcześniejsze jak nigdy przedtem.
Lekko było jakoś. I Lekki lżej dzisiaj odpalał kolejne etapy. Wieczór zaś
przyniósł Bukę. I chociaż Buka mrozu nie dała i zimą nie zawiała mieszkalnego
parkietu, przyniosła jesienne liście, pierwsze w tym sezonie.
Spadły i leżą, i nie wiadomo jak je podnieść. Zamieść nie
wolno, ale coś z nimi zrobić trzeba. Chętne jednak do sprzątania nie są. Niech
leżą. Czasem muszą swoje odleżeć.
Psst, trrr, trzask. Otwierana
puszka barcelońskiego Estrella wydaje inny dźwięk niż polski Lech, czy Żubr. W
smaku też inny. Ale zawsze można zalać sokiem i udawać, że się lubi różne
ciekawe piwa. Zawsze tak robię.
Łyk jeden, drugi, gul. I gotowe. Trochę jakby lżej, ale to
jeszcze nie moment na spanie. Szkoda. Bardzo bym już chciał.
- Lekki.
- Co?
- Nie bardzo wiem co teraz.
Pobiegać za zimno, rower schowany. To zawsze działało.
- Wypiłeś piwo. Idź
spać… Walnij drugie jak trzeba… masz tego pół lodówki. Ludzie znoszą, a ty
chomikujesz. Na Święta chcesz to mieć?
- Po dwóch rano się nie
obudzę…
- A co to ostatnie
rano będzie? Będą kolejne.
[Psst, trrr, trzask]
Wracam powoli do tego co przed laty. Dziesięć lat
przeleciało jak grom z nieba. Dziesięć lat… bronię się jak mogę przed
wymyślaniem różnych teorii życiowych. Każda jedna z nich wydaje się być jednak prawdziwsza
od poprzedniej. Zaczynam rozplątywać te pieprzone nici. Zaczynam układać z tego
jeden, cholernie czytelny obraz. Dziesięć. Dziesięć lat dziobania okruchów. Jak
ta sroka, jak kura. Rozgrzebuje łapą ziemię, w której nie ma już życia, z
nadzieją, że może akurat coś z niej wyjdzie.
Nie wyjdzie.
Czas na zwrot. Obrót, i przewrót. Wszystko na jedną kartę. To
co prawdziwe – pozostanie. Reszta? Jak te liście. Niech spada i leży,
podnosił nie będę.
[Psst, trrr, trzask]
- Lepiej?
/pieprzone dialogi,
których zabrakło/
- Fchuj.
Kto powiedział, że zimą (jaka to zima… nawet zima się nie
udała) nie można usiąść na leżaku na balkonie i napić się piwa? Nikt. Ludzie
wymyślili sobie zasady, teorie, którym hołdują, nie zastanawiając się nawet czy
można inaczej. Tak wygodniej. Po co coś zmieniać. Po co być tak jak się czuje,
skoro wszyscy wokoło dobrze czują jak masz być?
[Psst, trrr, trzask]
I ta zakrwawiona od taniego pierdolenia gitara. Też oszustka.