To ja. Lekki. Wracam.
Może i nie czytam książek, z założenia, bo nie, bo nie
wierzę, że jest w nich prawda – tak jak nie wierzę w prawdę w kazaniu księdza
podczas niedzielnej mszy. Może i uważam je za śmiecenie mózgu i może jestem
niesamowitym chamem w tym momencie pisząc to, i każąc Wam to czytać. Może i tak
jest…
To wszystko jednak nie zmienia faktu, że najbardziej na
świecie, cenię ludzi i miejsca - to najprawdziwsze książki, których potrzebuję
jak wody - historie których nikt nie zmyślił, nikt nie redagował. Każda taka
historia to stempel w głowie, sercu i duszy. Coś co kształtuje człowieka od A
do Z. Nie można przed tym uciekać. Trzeba to brać. Właśnie sobie o tym przypomniałem.
Przypomniałem sobie to wszystko ciągnąc za sobą ciężkie od alkoholu resztki mojej głowy, ładując je do
tramwaju i modląc się o dawkę ibuprofenu, który pozwoli mi poskładać łeb w
całość. Przypomniałem sobie o tym jedząc dzisiejsze śniadanie na ulicach Szanghaju.
Przypomniałem sobie o tym wczoraj, pijąc piwo i słuchając muzyki w niezwykle
prawdziwej Pinola Cafe – w miejscu, do którego sam nigdy bym nie trafił, w
miejscu do którego zawiedli mnie ludzie, pokazał mi je człowiek.
To wszystko powoduje że pękają kolejne skorupy. Rozlatują się kolejne budowane przez
lata wokół mnie mury, które tylko pozornie miały chronić przed czymś co złe,
niebezpieczne, co może zniszczyć LekkieŻycie. Rozpadają się furty i bramy,
które przez ten czas służyły do wpuszczania do tej cholernej twierdzy tylko
nielicznych. Rozpadają się z hukiem, który jest zwiastunem nowego, i mam
głęboką nadzieję, lepszego czasu.
- Lekki…
- Co?
- Wyglądasz jakoś
inaczej… Coś nie tak? Powinieneś się cieszyć!
- Inaczej? Normalnie…
Cieszę się. Bardzo się cieszę. Ale też jestem przerażony jak skurwysyn.
- No ale przecież wszystko
jest ok, wszystko działa tak, jak chciałeś!
- Nawet lepiej. Chyba zapomniałem jak to jest,
kiedy wszystko się zmienia. Zbyt wygodnie mi było. No ale wiem, że teraz mogę
więcej, no i będzie lepiej…
- No to ogarniaj, a nie pierdol smutów.
- No…
/dzwoni telefon +44
74/
Nic lepszego w chwili przerażenia, jak usłyszeć kogoś o kim
przed momentem się pomyślało, i kogo dawno się nie słyszało. No i znowu temat
ludzi, ich poznawania i bycia. Kiedy ich sukcesy stają się Twoimi sukcesami,
kiedy Twoje porażki powodują, że zastanawiają się razem z Tobą jak z nich
wybrnąć. To dlatego nie czytałem nigdy książek, a poznawałem ludzi. Dziesiątki,
setki… było ich mnóstwo. Wszędzie, w każdym miejscu ktoś znał Lekkiego. Nie
było spaceru bez „siema”. Każdy był kimś
kto coś wnosi, i kogo trzeba było poznać. Potem praca, zmiana przyzwyczajeń i
lata klikania ‘next’ na playerze, kiedy coś się nie podobało. Dzisiaj wiem że to był błąd, że wiele dobrych
nut mnie ominęło. Tak wiele, że straciłem siebie gdzieś tam po drodze. Aż teraz,
ktoś tam u góry, postanowił postawić przede mną lustro, pokazać, że to nie tak,
że przecież dobrze wiem co sprawiało mi w życiu radość i gdzie powinienem być.
Czuję się trochę jak Scrooge w Opowieści Wigilijnej, którego przewlekli po jego
przeszłości, pokazali teraźniejszość i zajawkę przyszłości. I ten wielki palec
boży, który zdziela mnie w łeb i mówi Widzisz?
No to idź!. Jak bumerang wracam. Może nieco zdewastowany, z kilkoma bliznami więcej, ale jestem.