Będąc piękny i wszechmogący lata wstecz, wstąpiłem do rzeki,
która miała być pełna ryb i wody bogatej w minerały. Osady drylujące nurt miały
przynosić mi piękne myśli i zdolności, użyźniać, dawać to, co mogę mieć
najlepsze, być początkiem mnie samego.
I zdarzył się czasem chorobliwy pstrąg, i osady łechtały
mnie co jakiś czas. Woda jednak była jałowa, a nurt niósł ze sobą jedynie
śmieci w postaci zastępczych słów, chciwości tabel i bez litości wykresu. Ranking
głazów i szarość papieru zza szklanej witryny. I leżałem. Po czasie przyzwyczajasz się do
tego jak jest i przyjmujesz wygodę, którą daje ci system. System regulujący
koryto do tego stopnia, że nie dzieje się nic, chociaż na pozór bardzo wiele. Przestajesz
reagować, działać, myśleć. Po prostu jesteś. Przyjmujesz i oddajesz to, co chcą
żebyś przyjmował i oddawał. I tak co dnia. Wchodzi i wychodzi. Jest i nie ma. Zero,
jeden – zawsze dobrze. Jak ta wiklina w ogrodzie pod dupą – niby trzeszczysz,
ale nie żyjesz.
Przełamany. Zostajesz sam sobie w sobie samym. Suchy. Pozbawiony
emocji, wrażeń. Czerstwy jak trzydniowy chleb. Nie masz nic i nikim nie jesteś.
Stajesz się maszyną, jedną z wielu, co na rozkaz idą budzić nadzieje, po czym
kradną to co innym zostało, pozbawiając ich resztek przyszłości. Pokochać?
Polubić? Się nie da. Można co najwyżej się przyzwyczaić do tego stanu rzeczy. Po
czasie obojętniejesz. Wygodnie jest też być obojętnym. Szukasz wytłumaczenia
sytuacji, które mają miejsce – bo oni, bo
to nie ja, bo to moja praca. Gówno prawda.
Zbierasz laury. Najlepszy, wspaniały, wszechmogący, BOHATER –
suchy, trwały na wieki głaz, pozbawiony emocji. Nikt. Wyprany, wybielony,
żałosny. Stajesz się prochem, z którego powstałeś i nic po tobie. Nawet sól już
dawno rozwiał wiatr. Furia.