wtorek, 16 sierpnia 2011

W dupie chuj - Nie Lekki

Zastanawia mnie jedno. Ile razy człowiek musi odczuć, że jego sprawa nie znaczy nic dla innych, aż w końcu zacznie naprawdę o swoje sprawy dbać? Ja na przykład ten zmieszałem piwo z rumem i malinowym sokiem. I tak łyk po łyku, wsłuchując się w tupot, mlask, klask i chlap deszczu za oknem (o, i nawet grzmot), zastanawiam się w jaki sposób się obrócić, może odwrócić, jaką politykę zastosować, a może nie stosować żadnej i zdać się na instynkt, w codziennym działaniu ku zaspokajaniu własnych, stricte materialnych potrzeb. W zaspokojenie tych duchowych coraz rzadziej zdarza mi się prawdziwie wierzyć. Oczywiste jest, że istnienie możliwości zaledwie w niewielkim procencie oznacza samo ich realizację. 

Czy jest w ogóle taka opcja, żeby w pojedynkę odnieść jakiś prawdziwy życiowy sukces, żeby znaleźć swoją drogę i po niej iść, będąc wiernym swoim wartościom? Czy można przy tym odnieść sukces finansowy i wieść dostatnie życie, niczym się nie przejmując? Czy taka opcja jest możliwa TU I TERAZ? Z jednej strony tak chcę właśnie żyć, z drugiej coraz częściej wątpię w to, czy w ogóle tak się da.

Chciałem kiedyś działać dla dobra ludzkości, chciałem kiedyś śpiewać, tworzyć i promować. Chciałem zawsze przy tym wszystkim pisać i być czytanym, jednak ułożona pochylnia od Sapkowskiego, Tolkiena do Orzeszkowej czy Reymonta (fakt, Ten dostał Nobla ale trochę taki nobel jak dla Obamy, żeby było by się wydawało, a może bali się, ze Chłopi będą miały więcej tomów) i porównanie niechęci czytania mojego, do czytania lekturowego, powoduje, że nie mam ochoty! Zdecydowanie stan rzygania powinno się osiągać pijąc w nadmiernych ilościach alkohol, a nie czytając takie flaki jak chłopoepopeiczny opis padającego bydlęcia. 

Kończy się piwo, rum wyszedł… A ja ciągle nie wiem jaką strategię bycia przyjąć. Pozostaje położyć się, wbić myśli w sufitowe malunki i zasnąć nieco kamiennie, nieco króliczo, tak oby do rana odrobinę wypocząć… Grunt, że nie na okruchach… aczkolwiek, kto wie, gdzie noc ta się skończy. Z brakiem procentu wena ucieka, ulatnia się jak alkohol, dokładnie. Jeszcze tylko mały przemarsz do kibla, wylać z siebie nadmiar płynu i można podryfować w nieznane. Notabene ciekawe co tak naprawdę dzieje się z nami jak śpimy? 

P.S. i tak będę bazgrolił… Lekki musi ciągle znaczyć… Taki przykaz z góry. Bo Ci, którzy są tam tam, nie zawsze są tam tu, a już w ogóle tu tu. Chociaż czasem i tak bywa. Nie łatwa to materia, ale nade wszystko trzeba naumieć się ją przyswajać i stosować.