Pewne rzeczy trudno jednoznacznie stwierdzić. Byt i istnienie nie zawsze idą w parze ze świadomością jestestwa stąd też tak wiele niedogodności życiowych w postaci niedomówień i niedoskonałości relacji międzyludzkich. Sam jeden zastanawiam się czasem jak do tego wszystkiego dochodzi i dlaczego jest tak jak jest. Nie wiem. Za chuja nie wiem. I nikt się chyba nie dowie nigdy. Dlaczego tworzymy sami sobie bariery, których przejść się nie da, co kolejno powoduje stres i konflikty rodzone z dziwnych stanów zwanych depresjami itp. Że co, że szczerości brak? A może za dużo egoizmu i dumy? Kto to wie… my nie. Oto nad czym można zastanawiać się otwierając kolejną butelkę wina. Jeden korek, a taki temat. I chociaż dziś wyjątkowo korek w aromacie wina, a nie stęchłego drewna za jedenaście pięćdziesiąt peelena, to przemyślenia ciągle te same. Tokaj furmint, rok 2007 – bardzo dobry.
Dobrze czasem siąść w fotelu, wyciągnąć nogi na stół i poudawać filozofa. Zastanowić się nad tym co mam, gdzie jestem i gdzie będę jutro. A że mam ciągle za mało, jestem w czarnej dupie, a jutro to równanie z milionem niewiadomych – jedno wino zawsze jest niedostatecznie małym napędem ku wróżeniu świetlanej przyszłości. Ot życie upływa od wieczora do wieczora, od butelki do butelki, od jednego pustego tekstu do drugiego, który zawsze jest tym ostatnim – jak kieliszek przy stole.
- Lekki wchodzisz za 3 minuty!
No i po filozofowaniu. Jeżeli dzisiaj znowu się wysypię i poznają, że się znowu najebałem przed występem, to na pewno będzie mój ostatni popis. Muszę się jakoś ogarnąć. Na stoliku przy fotelu poza winem jedynie karafka z czystą wodą, w rogu małą umywalka z lustrem pamiętającym jeszcze zimną wojnę, i niby mydło w płynie. Uroku dodają zawsze zielone papierowe ręczniki, wiecie które, te, co wytarcie nimi twarzy sprawia, że ich swoisty naturalny odór czujesz przez następne czterdzieści minut. Masakra.
Wstałem z fotela. Jest dobrze. Stać jeszcze potrafię. Dobrze że hołota słabo zna angielski, nie będzie słychać jak bełkoczę. Podszedłem do lustra, odgarnąłem nieco włosy, poprawiłem kamizelkę. Wychodzę.
- Ile można na Ciebie czekać?! Już grają. Wchodź i nie spierdol tak jak ostatnio.
- OK. – w dupie totalnie to mam. Tak naprawdę te kilka stów weekendowo pozwala mi jedynie zjeść kawałek chleba od czasu do czasu i napić się nieco lepszego wina. Poza tym nic. Właściciel kamiennicy przy Niedurnego już dawno obiecał wymienić zamki tak abym nie mógł wejść. Wiem, że on sam nie ma kasy nawet na te jebane zamki, tak więc jesteśmy skazani na siebie na nieco dłużej.
Sala była pełna. Jednak do końca nie wiem czy ktokolwiek chciał tego słuchać. Wydaje mi się, że ci ludzie przychodząc tu od kilku miesięcy, co weekend słuchając tego samego, przestali w ogóle zwracać uwagę na to co dzieję się na tej małej, zakurzonej scenie. Wolą napić się piwa w promocji „minus pięćdziesiąt groszy” niż słuchać tego bełkotu. Chłopaki grali już od dwóch minut, a oni ciągle gadają! Rumor jak na targowisku. Chociaż raz chciałbym, żeby ktoś nas posłuchał. Żeby posłuchał mnie do chuja!
- Kurwa mać! Ludzie!
Dziesiątku gardeł zamilkło w jednym momencie, setki oczu spojrzały prosto na mnie. Chłopaki przestali grać, gubiąc się w tym co się dzieje. Widziałem, że już mają dosyć, a jeszcze przecież nawet nie zaczęli. Wymiękłem. Nie mogłem.
- Ma ktoś fajkę? Bo zapomniałem. Masz coś? Zarzuć…
Grubas, na którego spojrzałem zwlókł się ze stołka, podciągnął gacie, żeby ukryć swój spocony, owłosiony pośladkowy przerębel i podał mi fajkę. Był obleśnie spocony, na dodatek jebało od niego tanim piwem za wielkie pieniądze. Na szczęście nie palił fajrantów.
- Dzięki. A ogień?
Gruby wyjął zapalniczkę i odpalił. Udawałem, że palę, bo przecież ja kurwa nie palę, bo nie potrafię, a każde zaciągnięcie grozi zarzyganiem całej sali. Nabrałem dymu raz. Nabrałem drugi. Gruby usiadł w tym czasie, a ja zajęty koncentrowaniem uwagi na tym, żeby czasem się nie zaciągnąć, mogłem przestać myśleć o tym, że oni teraz ciągle na mnie patrzą. Zauważyli mnie w końcu i chcą teraz wiedzieć po co tu jestem i co robię.
Gruby sięgnął po piwo, wychylił dwa łyki i siedział wpatrzony we mnie. Udawałem że delektuję się tą fajką, starając się nie łapać kontaktu wzrokowego z nikim.Odwróciłem się do chłopaków i spod czoła, przymrużając oczy dałem znać, żeby grali dalej.
Po kilku minutach grania doszedłem do wniosku, że gramy za głośno. Gwar był nie do ogarnięcia. Nie chciało mi się już przerywać. Ciągle wpatrywałem się w Grubego. Wychylał już chyba szóste piwo. Brał kolejne piwa połówkami. Pół szklanki teraz, pół za chwilę, i kolejne.
Strzeliłem petem w jego stronę, ten wpadł mu do szklanki. Gruby wychylił piwo z petem i nawet nie zauważył!
Po drugiej stronie sali w swej, jak co wieczór, czerwonej kreacji zaprzeszłej kurtyzany, dzieliła pocałunkami panna, której dla dobra sprawy imienia nie zdradzę. Chociaż już wiekowa to panna. Przysiadała się prawie do każdego stolika, bo prawie każdy to jej znajomy, pochodzenia jakiegoś tam. Na koniec wieczoru, absolutnie wcięta przychodzi zawsze do mnie, wyznaje mi miłość, po czym oznajmia wprost i otwarcie, że tak naprawdę to chce tylko żebym ją przerżnął. Piękna kobieta.
W stoliku obok panowie prezesi, nieco dalej nic nie warte urzędnicze szuje, a obok nich magiera z kiosku ruchu.
Co weekend ci sami, co weekend to samo, co weekend tak samo. Boże, gdzie ja jestem?!
To był mój ostatni raz. Nigdy więcej nie wyjdę. Dziękuję, dobranoc.